grafomania
at ownlog '06
Link 02.01.2005 :: 21:17 Komentuj (1)
Kolejna noc kiedy śni mi się wiatr. Przenikliwy , marcowy wiatr… Co to było w tym wietrze??? Noc po nocy usiłuję sobie skojarzyć ten wiatr ze zdarzeniem, które w tym wietrze… Męczy mnie to, przewracam się z boku na bok, przewracam z tamtego boku znowu na bok, z którego zacząłem się przewracać i wybudzam się z jękiem i wykrzywioną twarzą… Czuję zmarszczone czoło, skąd ten wiatr i gdzie? Gdzie byłem w tym wietrze? Noc w noc czuję jego zimny podmuch, czuję iskierki kłujące na policzkach, z trudem podnoszę wzrok, żeby spojrzeć i… Nie mogę podnieść oczu, budzę się i wiem, że gdy w końcu uda mi się popatrzeć to będę już wiedział gdzie jestem i przestanie mnie ten sen męczyć, a póki co…

Zasypiając przypominam sobie kolejne pasje…Podróże, samoloty, pisanie, fotografia…Taniec przez chwilę. Co to było z tym tańcem? Smród szatni przed salą ćwiczeń. Wysiłek, ból ścięgien. Nie spodobało mi się, nie zatańczyłem ani razu, kilka razy podniosłem nogę, nie dość wysoko. Gdy wyciągałem kartkę papieru, żeby coś napisać ręka mi zastygała w połowie bezsensownego pierwszego zdania i nie chciała powrócić do kartki przez długie godziny. Porzucałem potem pomysł, którego tak naprawdę nigdy nie było bo bardziej w pasji pisania podobała mi się seksualność tego zajęcia, tajemnica myśli i zagadka pomysłu. Skąd on się bierze? Kiedy powstaje? Przed pisaniem? W trakcie? Pojawia się bez kartki i bez pióra czy ściśle zależy od otoczenia, koloru biurka, widoku za oknem i ruchu piórem? Ach te pióra… Wzdychałem chcąc mieć takie. Potem dostawałem w prezencie i niszczyłem każde gdy zapominałem o osobie obdarowującej. Miałem już te błyszczące pióra, nauczyłem się ruszać ręką, stawiając godzinami kiedyś litery wciąż te same dopracowałem sobie charakter pisma, pociągający wedle mojego mniemania a pomysł wciąż się nie pojawiał…Więc nigdy niczego nie napisałem…

Skąd ten wiatr? …

Link 06.01.2005 :: 21:08 Komentuj (3)
Nawet w tej norze za oknami pojawia się świt. Nigdy nie przesypiam spokojnie żadnej nocy. Niczego tak nienawidzę jak zapachu swojego potu i pościeli przesiąkniętej mną. Tylko raz na jakiś czas mam w łóżku pełne wrażenie komfortu gdy pościel jest świeża i sztywna po praniu. Każdej następnej godziny jest już coraz gorzej…Wdycham swój zapach z pomiętej i zbitej poduszki i przypominam sobie każdy aparat fotograficzny z którym chodziłem , czasem każdego dnia, by nigdy nie przepadła mi żadna ważna chwila z życia… Naczytałem się o kliszach fotograficznych, dobrałem taką na której zdjęcia miały być najlepsze i miesiącami nie nacisnąłem spustu migawki. Nic nigdy w życiu nie było dość piękne i ważne. Nikt dość piękny i ważny nie był. Wiele lat zajęło żebym nauczył się tworzyć świat piękniejszym niż jest. Nauczyłem się malować emocje i złudzenia. Pozostało tylko dbać żeby tylko nie wychylić zza tych złudzeń nosa i nie ujrzeć tego jak jest naprawdę.
Z tych chwil nie do zapamiętania zapamiętałem ten wiatr tylko. Ale żeby zapamiętać co on owiewał to już nie… Biały wycinek papieru…? Bilet autobusowy? Dokąd jechałem, dokąd chciałem jechać? A może nie chciałem? Zaraz, zaraz , zaraz sobie przypomnę… To był szary dzień, szary, wilgotny i zimy. Wcześnie rano… Nie chcę teraz zasnąć bo znowu sobie nie przypomnę, zimny wiatr, taki , że kostniały palce u rąk i musiałem je trzymać w kieszeni, przecież nie noszę rękawiczek… Jeszcze chwilkę, nie chcę zasypiać…Nie chcę…

Jeszcze nie…

Tuptam po ciemku do łazienki, pije dużymi łykami kranówę. Noc w noc, każdej nocy…

Link 10.01.2005 :: 20:42 Komentuj (1)
Już nie pamiętam tego wiatru… Choć może pamiętam… Teraz też wieje i gdy znowu wskakuję do pościeli wiatr kiwa wiszącym kablem za moim oknem. Tamtego wiatru nie pamiętam… Pamiętam ten…

…który rozwiewał liście na tarasie, spaliśmy nago całą noc na tarasie bo było tak gorąco, że w hotelu nie można było wytrzymać, ja się opiłem i ty się opiłaś i w miarę jak wszystkie okna w budynku naprzeciw nas gasły rozbieraliśmy się śmiejąc a potem ty się chciałaś kochać i pewnie to robiliśmy i zaczął padać deszcz choć było koszmarnie gorąco a potem przestał padać i wysuszył ciała i tak już zastygliśmy do rana a potem ten sam wiatr , który wysuszył ciała znowu przyszedł i przywiał parę liści bo to już była jesień choć diabelnie gorąca i gdy w końcu obudziłaś się rano patrząc na oślepiające słońce ja zacząłem się śmiać bo powyżej nas, kilka pięter powyżej powyżej,w tym budynku naprzeciw były balkony a na jednym z tym balkonów stały dzieciaki z aparatem fotograficznym i lunetką i ta lunetka albo ten aparat dawał refleksy , które cię zbudziły bo padały na twoją twarz a ty myślałaś, że to słońce, które tak czy tak świeciło od rana ale to nie ono cię zbudziło, więc te dzieciaki robiły ci zdjęcia bo tylko ciebie było widać , ja spałem przy barierce tarasu więc byłem schowany, jak zerwałaś się gwałtownie szukając swojego ubrania , którego się pozbyłaś w pośpiechu poprzedniego wieczoru to dzieciaki krzyczały : goła panienka, goła panienka a ja miałem atak śmiechu…

Link 23.01.2005 :: 20:59 Komentuj (14)
G. przychodzi do mnie ubrana jak dziwka.
- Przyszłam do ciebie.
- widzę.
- to chodź, podejdź do mnie...
Siedzę moment na łóżku ale w końcu wstaję. Powoli podchodzę do G., która wolniutko zdejmuje bluzkę. Lekko i bardzo delikatnie podnosi spódniczkę. Pokazuje koronkę.
-widzisz... pończochy dla ciebie kupiłam... podarłam jedne, drugie musiałam kupić, chodzić w nich nie umiem zupełnie.Chciałeś zawsze...
-jak ty mnie wkurwiasz... jak ty mnie wkurwiasz... jak ty mnie wkurwiasz tym, że byłaś, że jesteś, że przychodzisz... jak ty mnie wkurwiasz... - nachylam twarz nad jej włosami, szepcę jej to do ucha.
-kochaj mnie Paweł, ze złości mnie kochaj... Zbij mnie, zgwałć ale mnie kochaj... Chcę tego , potrzebuję...
Całujemy się. Odpycham ją po pocałunku. Popycham jeszcze raz w stronkę wyjścia. G. odzyskuje równowagę i staje. Nie wychodzi. Więc podchodzę, znowu ją całuję. Ale teraz ona popycha mnie lekko w głąb mieszkania:
-widzisz...?, mówi- Nie możesz się ode mnie oderwać...

Dotykamy się, zrywamy z siebie ubranie. Szybko, zachłannie, namiętnie, wściekle, mściwie, brutalnie... I nagle zaczynam ją bić.

Czemu mnie nachodzisz...czemu mi nie dasz żyć...

G. płacze. Zaciska zęby jak ją biję i pieprzę jednocześnie.

-bo chcę – mówi przez łzy.
-Bo kocham...bo jesteś ojcem naszego dzieciaczka... bo to jest najważniejsze...

G. gryzie swoją rękę. Ten seks, taki seks ją boli.Coś we mnie pęka, pękło, to jest to coś pomiędzy płaczem, wściekłościa, bezsilnością a bólem...

-ja nie chcę żebyś przychodziła... nie chcę ciebie, nie chcę... Nie chcę...nie chcę... nie chcę... Nie chcę... Nie chcę...

Czuję, że moje ruchy w niej są jak uderzenia w rytm słów , które wypowiadam, wypłakuję, dławię się nimi.
G. płacze, wyje prawie, tak przeciągle, tak boleśnie. Strasznie długo to trwa. Jak trans, jak coś co się nie może skończyć...
Kończymy. Pytam. Cicho najpierw, głośniej potem:

-czemu to zrobiłaś?...czemu to zrobiłaś?...czemu?... Czemu?.... Dlaczego?...No dlaczego? Pytam się ciebie?...Dlaczego?... Kurwa, dlaczego?

Zaczynam ją szarpać za włosy, coraz mocniej i mocniej... G. najpierw się temu poddaje a potem stara się nie ruszać... Nieważne jak silne są moje uderzenia to trzyma głowę bez ruchu i patrzy mi w oczy... To spojrzenie jest coraz twardsze i cierpliwsze . Zacięte. Musi ją przecież coraz bardziej boleć.... Przestaję w końcu, uspokajam się. Leżymy .Patrzymy sobie w oczy. Ale to G. wytrzymuje dłużej moje spojrzenie:

-kocham cię...-mówi.

Całą noc tak leżymy. Budzi mnie rano wyjątkowo ostre słońce wpadające przez okno.. Obok mnie leży G., patrzy już na mnie, czeka. Zasnąłem szybko zmęczony. Nie ruszyła się, nie wstała się umyć, poprawić.,widocznie nie chciała bym się obudził. Patrzę na jej zakurzone, zmierzwione włosy, wdycham zapach spoconej skóry i choć chcę to powiedzieć szorstko, mocno , niecierpliwie, to mój głos wychodzi cichy, zachrypnięty, nieśmiały. Czuły.
-Jesteś...
...
-Jestem. I zawsze będę, mówi G.



pisz do grafomana mail