Link 07.10.2006 :: 18:00 Komentuj (5)
List do..., ok 2001
"
Dziwna ta moja nocna bezsenność... Tyle lat już jak do niej przywyknąłem, stała się prawie drugą skórą, czymś tak pewnym jak pewne jest to, że czasem wyskoczy pryszcz na nosie...
Lubię leżeć i patrzeć w okno sypialni kiedy nie jest zasłonięte... Wpada żółte światło od lampy powieszonej nad bramą... Pewnie ładnie to wygląda gdy przychodzi zima i z góry prószy śnieg... Skrzy się w żółtym blasku... Ile to już odczuć, cieni jakichś historii plątało mi się w głowie gdy tak płatki śniegu niespiesznie zmierzały w dół, do ziemi... Więc w tych bezsennościach samotnych najdziwniejsze są obrazy bez żadnych konkretnych historii bo historii nigdy nie udało mi się do nich powymyślać choć starałem się i to bardzo.
Więc w tej bezsenności tuż przed momentem gdy wstanę i zrobi się tak nagle nago i zimno spoglądam na wygaszone okna tej ściany naprzeciw i przypominam sobie takie stare czarno ? białe kreskówki, nie pamiętam czy baśnie Andersena czy rysunkowe wersje Franza Kafki...
Znowu nie pamiętam o czym miałem napisać... Może o tym, że niepotrzebnie stajemy się dla siebie niezrozumiałą tajemnicą... Stajemy albo staliśmy się... Ciągle myślę, że możemy być jeszcze bliżej siebie, jeszcze bliżej tego co w środku nie poznane i nie nazwane... Cokolwiek się dzieje, dzieje się w ciemnościach, cokolwiek ma się stać, niech w ciemnościach się stanie... Ciemności nie nazwane, nie poznane... Ja z ciemności wód i macicy wyszedłem w ciemność bo pięć po dwunastej w nocy i w noc zimową... Skrzył się żółty śnieg... Słabe żarówki w latarniach ulicznych więc żółte światło, blade iskierki lodowe, żółty śnieg... I tak już jest... Żółte żarówki tworzą jakiś maleńki kokon ciepła i światła wobec mnie, noc dookoła. Za oknem, za budynkiem, za ścianą, dwa kroki obok zaledwie, w przedpokoju... Więc moje patrzenie to słabe błyski, rozświetlenia w gęstej czerni...
Ile razy mi Ciebie brakowało, ile razy mi Ciebie brakuje... Chciałbym podzielić z Tobą każdy oddech, każdy ból żołądka, każde ciche, nocne westchnienie, każdy pot pod skołtunioną nocną kołdrą... Każdy poranek gdy Cię nie było...
To dziwne, ale właśnie to co głęboko ukryte, nie nazwane i nie poznane ale na pewno przeżywane i poczute czasem nie znajduje ujścia i z taką tępą bezsilnością walczę, żeby umieć Ci coś powiedzieć lub napisać a jedyne co potrafię to spojrzeć ukradkiem lub otwarcie, pomyśleć ale nie potrafię ubrać tego w słowa, myśli, w wyraz jakiś... To taki mały dramat niewypowiedzenia...
Zgwałcony kolejnym snem... Twoimi kochankami, ich pospiesznym biciem serca, nerwowym ściąganiem spodni, napęczniała erekcją, chrapliwym oddechem... Kolejną noc czuję ich w sobie, kolejno i od początku, sen wygasa, chłód w środku, oddalasz się w leśnej mgle, budzę się zmęczony jak nigdy przedtem, wyczerpany patrzeniem i przeżywaniem kolejnej nocy... Leżysz obok... Lekko dotykam Cię ustami... Jesteś gorąca, miękka... Jak zawsze teraz... Jak zawsze kiedyś... Powoli się uspokajam, wstaję... To jest mój dom, moje życie, moja miłość, moje teraz... Jest dobrze jak nigdy przedtem nie było dobrze, jak w ogóle nigdy nie było i jak w ogóle dobrze... Do kolejnego zaśnięcia, pogrążenia raczej... No i wiem wreszcie i myślę wreszcie, że w miłości istnieje dwunasta w południe i czwarta rano i jest inaczej w tych różnych miłosnych godzinach... Zapadnięcie w miłości wyjątkowo dobrej i przygnębienie miłością wyjątkowo okrutną... Zamykam oczy... Wiem, że muszę tam być, w tamtej chwili, w tamtym czasie, zanurzyć się w powietrzu, w tej ciszy, w tym szeleście zrywanych ubrań , pocieranych ciał, cichych głosów, w cieple tamtych erekcji, tamtych zwilgotnień Twoich, być tam, oglądać, zdusić ból i po prostu Ci pozwolić... Więc mówię do Ciebie choć nie wiem czy wtedy, zaaferowana, pobudzona słyszysz mnie w swojej głowie, może myślisz, że to Ty sama do siebie mówisz: nie bój się, kochaj, to tylko chwilowa miłość, jutro będzie całkiem inaczej, lepiej... Wystarczy się tylko wykąpać i już jest wszystko na nowo zapisywalne... Czuję, że płaczę, kolejną noc płaczę, jeszcze raz się budzę...Zasłony w moim pokoju rozjaśnione wczesnym, wątłym blaskiem... Pierdolę, już nie położę się spać, nie chce tłamsić swojej chęci bycia tam i wtedy, bycia kimś kim nie byłem i nie jestem i nie chcę być tylko po to by być z Tobą tam i wtedy... Wystarczy, że muszę patrzeć, wiedzieć, pamiętać, płakać... Ile mam z tamtych twarzy? Czy puchnę tak samo? Czy to taka sama Twoja miękkość, opatulenie ciałem, zachłanne wchłonięcie do środka? Czy wyginam grzbiet tak samo? Co powiesz? Że tak samo a inaczej? Czy to inaczej załatwia wszystko? Inne zachłanne pochłonięcie? Inne zachłanne wniknięcie? Inna jedność?
Dziwne, powinny być sprawy, inne myśli... Jak ta kiedy oddalasz się od samochodu i wcale nie cieszę się na puste, długie godziny braku Twojej obecności... Czasem odwrócisz się jeszcze, czasem nie... Oddalony uśmiech... Nie znam dziwniejszego, bardziej absurdalnego a jednocześnie bardziej mi potrzebnego uśmiechu niż ten Twój, na pożegnanie... Jak zawsze, jak w każdej chwili, w której chciałbym być z Tobą czuję się odłączony. ODŁĄCZONY. To dobre słowo...
Twoje spojrzenie gdy kochaliśmy się pierwszy raz... Zagadka... Z pamięcią tego spojrzenia kiedyś pewnie zamknę oczy... Nic mnie zaboli wtedy jak fakt, że nie zobaczę, nie przeżyję tego jeszcze raz...
Bezsenność, gwałt moich snów, pamięć o tym spojrzeniu, pamięć głupiego i mylnego rozmijania... Cena za moje siedzenie na odludziu gdzie ,wydawało mi się, jest mądrzej i lepiej...
Zdanie w książce: pies liże sobie płeć. Kiedy poliże sobie płeć przynajmniej wie, że jest. Kim jest. Gdyby sobie nie lizał nie wiedziałby, czy jest w ogóle... Jesteśmy inni? Czy tacy sami? Wiem, że jestem gdy dotknę sobie płci... Co jeśli liżę Twoją płeć? Czuję się sobą , Tobą , inaczej w Tobie, bardziej niż wniknięciem mojej płci w Twoją... Może dlatego, że wtedy bardziej smakujesz? Bo językiem w płeć to smakowanie Ciebie, Twojego ja bardziej niż w całowaniu smaku w smak wnikanie... Penetracja to złączenie Ja w Ty, seksem w seks... Lizanie płci więc to smakowanie Twojego bytu, Ciebie, świadomości Twojego istnienia... Co jeśli Ty liżesz moją płeć? Wiesz kim jesteś? Kim dla mnie jesteś? Hmm... To oczywiście wszystko pod warunkiem , że jesteśmy jak psy. Albo psom podobni... Odlegli od psów? Więc to nieprawda? To po co seksu smakowanie, dotykanie? To po czym możemy stwierdzić, że jesteśmy... potrzebni?...
? Seks jest największym bzdetem wszechczasów? /Andy Warhol/
Co to znaczy?
Ale też silne skojarzenie gdy myślę o Tobie, gdy na Ciebie patrzę... ?Jest tam również winda, która zmierza do tego, by runąć w otchłań. Jej też się nie widzi. Ale już się ją słyszy, jak grzmi i huczy, kiedy zamknąć oczy? /Franz Kafka/. To takie proste... Już wiem czym jest to mroczne, nieokreślone, nie poznane, to w środku... Zamykam oczy i w tej windzie jadą seks, miłość, zapomnienie... To spojrzenie, którego nie zapomnę nigdy...
No i dalej z nocnego czytania...:
Oddawała się z zapamiętaniem, które kazało mu wątpić , czy wie, kim jest...
Lubił patrzeć na wzrok mężczyzn, którzy z nią rozmawiali...
Budziła podziw, żądzę, przywiązanie...
Motylami byli nieliczni, garnący się do światła po ogrzanie, spalający się, zostawiający za sobą ? w miłości, powietrzu ? skarb rozjątrzonego uczucia, którym był, on sam, wypełniony. Zrobić coś. Przypomniał sobie głuche uderzenia krwi w ciele, gdy podrywał się z łóżka nocami. Co rozumiał? Kiedyś, u progu posiadł stałość tych, którzy idą przed siebie, nie sięgając nigdzie oczami. Wychwytując zmianę temperatur, amplitudę drgań pod nogami. Węsząc zapach barw w zmiennym świetle dnia. Tych, co czują zmysłami, przeto wiedzą, że racja jest po ich stronie...
Daleko nad cichym polem, słyszę szumną, burą chmurę miasta, rozlaną jak trucizna. Zawiązuję sobie pętlę na szyi, podchodzę do drzwi i czekam. Zależnie kto je otworzy, inna ręka mi ją zaciśnie na gardle.
Tyle Żuławski.
Znowu żółtawa niejasność zapadającego zmroku, blednącego dnia. Bieguny, odwrotności, dwie strony... Był taki film s-f, w którym świeciły dwa księżyce i dwa słońce. I na tym się skończyło. Na padaniu dwóch cieni. A głębiej schodząc? Przecież skoro u nas biegunowość i dualizm, Dobro i Zło, kobieta i mężczyzna, słońce i księżyc, dzień i noc to co gdy dwa słońca Dobro, Inne Dobro, Zło i Inne Zło...? A co wtedy z płcią? Kobieta, mężczyzna i jakie dwie płci jeszcze? Jaki seks? Jakie układy seksualne? No i wreszcie: co to wtedy orgia? Kto w kogo wnika, kto się oddaje, ile lub ilu ich potrzeba? Jaki smak, odczucia, orgazmy, płyny? Ech, taki pomysł a takie wykonanie po powierzchni... Trzeba zawsze do świata jaki jest stworzyć nowy porządek, nowe zasady...
Pies, dwa koty, dwoje ludzi... Nieskończona ilość uczuć, tyle samo pretensji... Kim bylibyśmy, oświetlani przez dwa słońca? Jaka byłaby bezsenność dwóch Innych Nocy? Jaka miłość pod dwoma słońcami gdy dwa Inne Dni?
Znowu wejdę do sypialni gdy śpisz... Chodzę na palcach by Cię nie zbudzić, powoli otwieram drzwi... Śpisz, oddychasz, masz lekko rozłożone ręce, lekko rozłożone nogi... Zmierzwione włosy... Zawsze się przewracasz z boku na bok gdy wchodzę... Wejdę pod zimną kołdrę i zbliżę się do Ciebie... Bliżej ciała promieniuje ciepło... Zaraz zamknę oczy / winda? Winda, seks i miłość, bezsenność.../ i zasłucham się w Twój oddech. Zanurzę się w Twoim zapachu... Teraz jestem nagi i bezbronny. Zapominam, że żyję... Z Tobą i przy Tobie... /miłość, bezbronność, tęsknota do nagości? / ... Teraz możesz założyć mi pętle na szyję i przywiązać jej koniec do drzwi... Jeśli kiedykolwiek ja będę chciał przez nie wyjść, jeśli kiedykolwiek Ty przez nie wyjdziesz, pętla się zaciśnie... Nie otworzę oczu, poczekam aż stracę oddech... Będę pamiętać to spojrzenie... I będzie mi żal... Zgasnę... Więc to Ty albo ja położymy rękę na klamce... Kto otworzy drzwi? Samobójstwo czy zabójstwo? Zasypiam... Czekam, ufam, oddycham, śpię... Z pętlą na szyi..."

