Link 25.11.2004 :: 20:14 Komentuj (3)
Jest tak, że w nocy ciepły, ulewny deszcz rozpuścił grubą warstwę przymarzniętego śniegu, powietrze stało się jaśniejsze i coś na kształt nieśmiało pomarańczowych plam światła wykwitło na szczytach co wyższych budynków w mieście. Rozglądałem się, zadzierałem głowę do góry ale słońca nie widziałem choć niebo, owszem, jasnoniebieskie. Obudziłem się wcześniej dzisiaj, zupełnie jakby ten deszcz nocny nie jesienny był a wczesnowiosenny, zupełnie jakby nagle zachciało mi się żyć bardziej choć to niezrozumiałe przecież ale codziennie mi się jakoś tam żyć jednak chce. Górka śniegu, którą akurat za mój samochód odgarnął dozorca wreszcie zmalała i mogłem wyjechać. Dokąd właściwie chciałeś jechać, sam siebie zapytałem. Nie wiedziałem. Jednak ważne, że tej górki już nie ma. Mam możliwość. Mogę gdzieś jechać. To mnie uspokoiło. To i te świetlne plamy pod dachami.
Link 26.11.2004 :: 23:28 Komentuj (2)
Tramwaj wjeżdża na most a koła zaczynają dudnić, wyrywają mnie z zamyślenia. To tutaj. Chwilę się waham ale wysiadam. Przebiegam przez ulicę wchodzę w ciemną, długą alejkę. To tylko nad rzeką, szeroka rzeką ale czuję od niej wiatr jakby to nad morzem było. I jakby to morski wiatr był, taki wiatr , który napełnia głowę szumem i gwizdem i smutkiem i zabiera inne głosy i inne dźwięki zostawiając tylko dźwięk fal i skrzek mew, zabrał mi ten wiatr dudnienie tramwaju, warkot samochodów i poczułem się samotny w środku tego dużego w końcu miasta, w nieoświetlonej nadrzecznej alejce, cichy plusk brudnej nocnej wody w uszach mi tylko zostawił bo zamilkł nagle, przestał wiać tak szybko jak zaczął. To stereotyp z filmów czy nawyk, że słuchając wiatru zawsze zadziera się lekko głowę w górę , przymyka oczy i czuje...,nic? Podbiega pies, ociera nos o moją nogawkę. Wyciągam rękę do jego głowy , prawie go dotykam, widzę, że dyszy z jęzorem na wierzchu, szczęśliwy. Już dotknąłbym jego aksamitnej, krótkiej sierści ale z ciemności między drzewami dobiegł gwizd i pies czmychnął, musnąć go tylko zdołałem, zaledwie by poczuć ciepło i spokój psiej obecności. Podniosłem te dwa palce do nosa, jednak zabrały zapach psa jesiennego, psa wieczornego, psa na wilgotnym , krótkim przedsennym spacerze. Wciągnąłem ten zapach z całej siły bo wiedziałem , że starczy go tylko na jeden głęboki oddech. I rzeczywiście tylko na tyle go było. Wystarczyło, by wspomnieć duży, szary cień nawołujący mnie głębokim szczekaniem spomiędzy drzew w lesie, o świcie. By ujrzeć jeden z wielu poranków z wielkim, wilgotnym czarnym nosem na mojej twarzy. By zabolał znowu mocno obraz zapamiętany na zawsze. Psa jednej z największych ras świata zwalonego na podłogę paraliżem i smutno proszącego o ostatni przedsenny spacer, który już nigdy się nie odbył... Ścisnął mi gardło smutek, że najukochańszą sukę zawiniętą w żółty koc w tygrysie pręgi ułożyłem starannie w bagażniku między gaśnicą a linkami do holowania i zawiozłem do zwierzęcej kostnicy bo ziemia wtedy była sucha, twarda i skuta dwudziestostopniowym mrozem, rekordowym wówczas. Choć zawsze myślałem, że gdy umrze ze swojej późnej starości, spokojnie, we śnie, to wykopię łopatą duży grób choćbym miał dzień cały kopać i walczyć z korzeniami krzewów wijącymi się w glebie, złożę ja na dnie głębokiego dołu w moim kawałeczku własnej ziemi za miastem, usiądę jeszcze na brzegu tej jamy i będę patrzył na nią jeszcze i patrzył jak śpi i czekał aż może koniuszki jej łap zadrżą jak zawsze w jej śnie i będę płakał jak każdy mężczyzna, samotnie i nie podglądany aż będzie zachód słońca i wstanę i otrę brudną dłonią ślady na policzkach i rozmarzę czarne ślady i wezmę pierwszą garść ziemi i rzucę w dół a potem następną i kolejną aż dół znowu się ziemią wypełni a potem będę skakał i skakał aż nie ubiję dobrze gleby by jakieś zwierzę inne nie wywąchało nie odkopało i nie wywlokło. I chciałem zasadzić krzew pomidorowy by wpuścił w jej ciało korzenie i wyssał ją i obrodził owocami, czerwonymi, dużymi, które mógłbym zjeść i cieszyć się, że zjadam cząstkę jej, najukochańszej suki, psa mojego. Nie umarła z późnej starości tylko z radości przewielkiej gdy skoczyła liznąć mnie po twarzy i upadła na tylne łapy łamiąc kręgosłup pod swoim ciężarem zanim jeszcze dobrze zrobiła się dorosła. I leżałem z nią ostatniej nocy naszego wspólnego bycia i myślałem, że nie ten wiek, że nie ten czas i nie taka miłość by się skończyła nagle i ironicznie , śmiercią z radości. I liczyłem stojąc teraz na rzeką ile razy w życiu byłem naprawdę radosny i szczęśliwy i usiłowałem w myślach zobaczyć swoją roześmianą twarz i choć takie wspomnienie zobaczyłem to zaraz potem spojrzałem w swoją twarz smutną i milczącą. I taka mi już została przed oczami. Jak wiele lat temu gdy stałem w tym samym miejscu i pierwszy raz przytuliłem się do dziewczyny. Zmarzłem czekając na nią kilkadziesiąt minut , jesień już była, taka z gołymi drzewami i ciemnożółtymi , mokrymi liśćmi na trawnikach. Spacerowałem od ławki do kosza na śmieci stojącego nieopodal i drżałem bo moi rodzice ubodzy byli i nie zdążyli mi wtedy jeszcze ubrań na zimne dni kupić bo jakoś wcześniej zimne dni przyszły. I gdy w końcu nadeszła nie poznałem jej zupełnie bo ciemno się zdążyło zrobić a ona chciała wyglądać ładnie i ubrała prawie letnie sandałki, zwiewną sukienkę i na to narzuciła tylko dłuższy , jesienny płaszcz, który zupełnie nie pasował ani kolorem ani fasonem ale musiała go założyć jeśli miała nie zmarznąć bardzo a tylko troszkę. I na głowie miała taki śmieszny, wesoły kapelusik i uśmiechnęła się pierwsza gdy mnie zobaczyła jakby ze mnie się tak śmiała, że czekam jeszcze, że chodzę, że marznę. I gdy na nią popatrzyłem milcząc i nie śmiejąc się zrozumiałem, że jej też zimno z powodu tej sukienki, bucików, tego, że do mnie przyszła. I wziąłem ja za rękę i zeszliśmy nad rzekę, w cień brzegu nie oświetlony latarnią. I objąłem ją a ona mnie. I w przytuleniu takim mocnym poczułem, że robi mi się ciepło a ona drży nadal. I usłyszałem jak mówi: masz takie smutne oczy , serce ci bije. Ciepło ci , zapytałem czule. Już tak, za chwilę zupełnie będzie, wyszeptała. Zobacz, mgła się robi, mgła i ciemno. Pięknie, odpowiedziała a mgła zgęstniała już tak, że zrobiliśmy się zupełnie sami , zawieszeni na skraweczku chodnika bo niczego już więcej nie było widać , ni brzegu, ni rzeki, ni mostu, tylko odgłosy miasta dobiegały bo we mgle zawsze lepiej wszystko słychać. I nagle zaczął wiać wiatr i ona drgnęła i krzyknęła. I jej mały, śmieszny kapelusik spadł obok nóg i choć nagle zaczęliśmy go łapać i gonić to gnany wiatrem uniósł się i zaraz stoczył z nabrzeża do wody. Staliśmy na brzegu i patrzyli jak spokojniutko, leniwie płynie i znika w gęstej mgle. Ona podniosła powoli rękę i wypięła spinkę z koczka. Jej włosy rozsypały się i od razu roztańczyły i rozedrgały pod wpływem wiatru. Nigdy wcześniej nie wydały mi się tak gęste, pofalowane, długie i piękne. Znowu ją objąłem, odwzajemniła. Wróciliśmy ostatnim autobusem a potem chorowała trzy tygodnie i nie przychodziła do szkoły. Trzy lata później spotkaliśmy się przypadkiem a ona powiedziała,wiesz, kochałam cię wtedy, wiedziałeś?, zapytała. Nie powiedziałaś mi, odpowiedziałem, ale wiedziałeś?, zapytała znowu. I znów odpowiedziałem a raczej stwierdziłem cicho ze smutnym wyrzutem: nie powiedziałaś mi... Ocknąłem się. Późno, muszę wracać. Nie chce mi się liczyć lat, które minęły. Więcej niż trzy, sześć, dziesięć. Byłem zły na siebie za to, że wysiadłem z tramwaju popatrzeć na to miejsce i powspominać. Obiecywałem sobie, że nie będę więcej sentymentalny, że to ostatni raz. W końcu dziewczęcy kapelusz odpływający we mgle widzi się najwyżej raz.

