grafomania
at ownlog '06
Link 01.12.2004 :: 19:58 Komentuj (2)
Właśnie teraz ów mozolnie wybierany błękit ścian stał się prawie granatowy, zawsze ciemniał po zmroku gdy tylko słońce prze­cedzone przez firanki przestawało go mieszać ze swoim żółtym światłem.

Trzeba było wyjść przed sklep i obejrzeć paletę barw w innym świetle, w końcu to farba, nie może być w pokoju tak ciemno, wróciliśmy z wakacji wtedy i był ciepły letni wieczór i kolor, który w małym sklepiku wydawał nam się jasny okazał się bardzo ciemny w rzeczywistości, już po pierwszym pociągnięciu pędzla wy­dał mi się nie taki, zły zupełnie, no co ty, kochanie, ładnie będzie,nie, nie będzie za ciemny.

Leżeli na rozłożonym tapczanie, chodź, zostaw to, połóż się na chwilę, zmęczona jestem, nie mam siły nic robić, tak, koło mnie, na chwilę tylko, nagle się mnie wstydzisz? Chodź... Prawie zawsze grało u niej radio, to prawie automatyczny ruch, włączyć gdy wcho­dzi się do domu, wyłączyć tuż przed wyjściem. Objęła go, on objął ją. Teraz oddechy głośniejsze niż cichutka bądź co bądź muzyka z głośników. Delikatnie, jednym i drugim głębszym oddechem wciągnął w siebie zapach jej włosów. Piękny, delikatny, pieszczotliwy, po­czuł opuszki palców na swoich plecach. To taki niezauważalny ruch, dopiero co dłonie miała zmarznięte, nieruchome, mocno wciśnięte między koc i niego. Padał śnieg, wolno padał i gęsto choć to nie zamieć ,to taki nieśpieszny opad w środku zimy jakby ta pora roku wiedziała , że ma jeszcze mnóstwo czasu i może sobie sypać śniegiem zupełnie leniwie i tak go nasypie dosyć i zatrzyma chło­dem długo, długo.

-To był taki piękny wieczór. Dziękuję – powiedziała.

Tak. Piękny.

-Mhm – zamruczał jakby bojąc się, że by móc odpowiedzieć pełnym głosem cały wyraz jakiś musiałby oderwać się od niej, odkleić, od­przytulić, nie chciał.

Tak, piękny. Ile jeszcze takich wieczorów? Dlaczego tak szybko? Tak delikatnie jak nigdy dotąd, tak mogłoby być ale pewnie tak nie będzie ani za chwilę ani już nigdy, niech będzie chociaż do jutra, późno jest i uśnie , już teraz nic nie mówi ,oddycha równo i coraz głębiej.

Dzisiaj było tak inaczej, tak dobrze – usłyszał jej głos.

Tak. Tak pięknie.

-Będzie tak jeszcze? - zapytała.

Nie wiem, chciałbym. A może bym nie chciał? Boję się, że tak, wła­śnie tak jak dziś już nie będzie.

-Tak bardzo chciałabym ci coś powiedzieć.

Tak , chciałabym ci to powiedzieć ale czekam aż ty najpierw to po­wiesz bo wiem, właśnie ty powinieneś pierwszy to powiedzieć , ulży nam wtedy, będzie inaczej, będzie tak jak teraz, dobrze i może kiedyś , jeszcze kiedyś też będzie dobrze, jakoś tak przez moment, przed chwilą w to uwierzyłam bo już miałam nie zachęcać cię , że­byś to mówił, już miałam to tak zostawić jak jest,wiem, że też mi właśnie to powiesz, trudno było nie zauważyć, razem właśnie to o sobie wiemy, tego możemy być pewni.

Przesuwała palcami po jego plecach, on, niepewny i przestraszony odwzajemnił pieszczotę. Jednak wahał się.

Nie. Nie chciałem, żeby tak było. Nie dzisiaj. Nie wiem czy w ogóle. Nie musimy tego robić. Czuję, że chcesz mi to powiedzieć. Wiem, ja też chcę ci to powiedzieć, czekam jednak aż ty mi to po­wiesz, musisz, po to właśnie się spotkaliśmy, specjalnie po ciebie pojechałem, dzwoniłaś i poprosiłaś o to bym był po ciebie wcześniej , po to jechaliśmy w milczeniu samochodem, po to właśnie patrzyłaś na mnie cały czas, tak dziwnie, jakby po raz ostatni, czułem, że patrzysz, nie mogłem spojrzeć na ciebie bo już zrobiło się tak ciemno, padał śnieg i ślisko było, musiałem uważać na drogę, taka smutna , cicha była ta jazda, wiedziałem , że usłyszę zaraz twój oddech, tak cieleśnie dzisiaj było od samego początku, od chwili kiedy powiedziałaś:

Nie wiedziałam jak to będzie gdy się spotkamy... Dzisiaj, teraz, razem.
Dobrze – uśmiechnął się, blado jakoś, smutno.
Zdejmij to – powiedziała. Posłusznie ściągnął sweter, podkoszu­lek, zadrżał od chłodu powietrza i jej zimnych dłoni.
Teraz, tak? - zapytał.
Tak, lepiej teraz bo...

Wiem, teraz bo inaczej...

-Zimno mi...
-Zaraz będzie ciepło, za chwilę...

Powiedz mi to... proszę...Sam mi to powiedz, pierwszy bo ja jednak nie umiem, nie umiem sama, nie umiem przestać cię pieścić, spoj­rzeć ci prosto w oczy, i nawet pomyśleć o tym ,że...

Co mi chcesz powiedzieć – zapytał.
Poźniej... Nic już...

Po prostu mnie kochaj, po co mówić, ja i tak czuję, wiem, że ty wiesz, ty wiesz, że ja wiem i czuję, nie warto, rozbierz mnie, kochaj, chcę, od momentu kiedy na ciebie dzisiaj spojrzałam zza macdonaldowej szyby i strzepnęłam z Twojej kurtki białe płatki śniegu, chcę bardzo. Jednak.

-Ja też... - powiedział.
-Co?
-Nic, już nic... Pięknie całujesz... Jak głęboko oddychasz...
-Już nie mów... To i tak nie to...
-Nie to?
-Nie przestawaj... Dotykaj mnie... Nie to co chciałeś po­wiedzieć...
-Nie, nie...

Nie, nie to... Wiem, że nie to... Ale ja chyba nie chcę ci tego mówić, nie teraz, nie w tej chwili, chyba w ogóle nie...

Odsunęli zasłonę, firanki, wszystko co mogło zasłaniać okno przy którym leżeli. Specjalnie wtedy gdy malowali przesunęli pod nie łóżko. Po to by widzieć się po ciemku, tak, widzieć się mimo zgaszonego światła bo przy ulicy, za tym oknem właśnie była latar­nia, ona dawała blask, teraz połówki twarzy były widoczne, poje­dyncze włosy skrzyły się w żółtym świetle miejskiej lampy, gdy patrzyli na siebie widzieli iskierki w swoich oczach. Usiedli ob­jęci.

Wejdź we mnie.
Kiedy mi powiesz?
Co?
Miałaś mi coś powiedzieć.
Nie , już nie chcę.
Ale co to było?
To już nieważne. Myślałam, że ważne ale nie jednak.
Skoro tak myślałaś to chyba ważne.
Posłuchaj...

Jednak wchodzę w ciebie zdziwiony , że na mnie patrzysz, że się uśmiechasz, że nie ruszamy się w ogóle , ja tylko siedzę w tobie i przy tobie, obejmuję cię, ty mnie obejmujesz , patrzymy na siebie i w błyszczące od latarni oczy, chcę ci powiedzieć bo wiem , że to co powiem nic między nami nie zmieni, może tylko będzie jeszcze mocniej, głębiej , nagle wierzę , że właśnie będzie, uśmiechasz się i powolutku , mocno oplatając mnie ramionami zaczynasz ruszać biodrami, robi mi się tak dobrze i gorąco, specjalnie to robisz , wiesz, że jeszcze chwilkę i rozpłynę się w tobie , w twoim od­dechu, w zapachu twoich włosów, w twoich kołyszących się biodrach i już nie będę umiał ci tego powiedzieć bo pomyślę, że teraz , właśnie teraz gdy czuję taki mocny prąd od lędźwi, takie gorąco w środku, właśnie w takiej chwili akurat tego nie wolno mi po­wiedzieć...

-I nic nie mówisz – powiedział cichutko, z wyraźnym wyrzutem.

Nawet nie myślę co teraz czujesz, co możesz czuć... Pieszczę usta­mi twoją szyję , chcę cię głaskać włosami, wiem jak to lubisz, umiem już tak cię musnąć byś poczuł ich zapach i by połaskotały cię po nosie... Nie chcę myśleć co poczujesz gdy ci to powiem bo chciałabym, żebyś sam się domyślił... Byłoby mi łatwiej. Pewnie tobie też. Wiem, czuję, że zdziwiony jesteś intensywnością tej właśnie chwili, tak bardzo, najmocniej i najdelikatniej jak tylko potrafię chcę wziąć cię we mnie najgłębiej jak się da, żebyś prawie poczuł, że oddaję ci się cała, nie miał żadnych wątpliwo­ści, że tylko tobie tak się potrafię oddać...

-Powiedz – poprosił.

Zdradziłam cię...Tak, zdradziłam.Już nawet nie pamiętam jego ciała choć było sprężyste, silne, gwałtowne, spod zapachu kosmetyków przebijała woń potu, taka silna męskość myślałam i wiedziałam, że muszę ci o tym powiedzieć , że nie jesteś już jedyny chociaż ja nie chciałam , żeby tak było, sam popsułeś wszystko kiedy dzwo­niłam do ciebie wieczorami a ciebie nie było, kiedy spotykaliśmy się a ty milczałeś i brałeś mnie raz po raz mechanicznie jak nigdy przedtem z taka mściwą zawziętością jakbyś mnie nie chciał a musiał mnie mieć , jakbyś swoim członkiem w środku robił mi wyrzu­ty, że to przeze mnie, że oddaliłeś się ale to moja wina, że musisz ze mną jeszcze być, jeszcze spać, jeszcze smakować mojej śliny i płakałam gdy w końcu kończyłeś i głaskałam cię po tyle głowy i oddychałeś w moją szyję rozdmuchując zapach moich specjal­nie perfumowanych dla ciebie włosów i z nim też płakałam gdy skończyłam bo już gdy wszedł to zrozumiałam, że to nie on i po co mi to było. A potem pomyślałam, że to inaczej, że też dobrze i na­gle zrozumiałam: mogę żyć z kimś innym, mogę sobie wyobrazić ży­cie bez ciebie choć dotychczas nie mogłam i źle mi się zrobiło, źle i smutno bo wyobraziłam sobie moje łóżko nie z tobą, latarnię za oknem oświetlającą kogoś innego niż ty , łza mi ciekła po po­liczku bo zawsze płakałam gdy byłam wzruszona , tak wzruszona tym światem bez ciebie, zbliżającym się orgazmem z kimś innym, jeszcze obcym, nowym, fascynująco pachnącym, oddychającym chropawo, nie tak cicho, delikatnie jak ty, zapłakałam bo zrozumiałam nagle,że jedyna, ostatnia już nie będzie jak obiecywaliśmy sobie, że będzie, że nic nie jest jedyne, niepowtarzalne, wieczne. Poczułam się dorosła jak zawsze się nagle czułam gdy kolejna miłość prze­mijała, z trudem pamiętam zapachy i fakturę kolejnych ,tych jedy­nych ciał, brzmienie głosów mówiących te jedyne słowa, z tobą było od począt­ku inaczej, sam to zepsułeś, oddaliłeś się i płakałam bo wcale nie było inaczej...

Nic... Kochaj mnie... Proszę... Jest tak dobrze...- powiedziała.

Tylko oddechy przyspieszały, oni nie. Płynęła na nim biodrami, on trzymał ją prosto, pomagał delikatnie tylko się kołysać. Zamknęła oczy. Na chwilę spojrzał za okno, na skrzący się śnieg, na martwe przejście dla pieszych, na nieliczne zapalone światła w oknach budynku na przeciwko, na ciemny zupełnie sklep. Dziwne, zawsze pali się w nim światło, dziś nie. I nagle ciszę przeciął huk tłu­czonej witryny i świdrująca syrena alarmu. -Dawaj, dawaj, usły­szeli, w oknach zapalały się światła, jedno po drugim lub pojawiały kolejne głowy zza uchylanych firanek.

-Nie patrz, po co – poprosiła. -Nie patrz- objęła mocniej jego głowę i wtuliła w siebie.
-Nie patrzę, po co – odpowiedział.

Cichutko jęknęła. Raz. I drugi.

-Już? - uśmiechnął się.
-Dojdę – wyszeptała. - Niedługo. Za chwilkę. Pozwól. Wyszeptała.

Kolejny brzęk. Zgasła latarnia za oknem. Narastał dźwięk syreny policyjnej, odległy pisk opon. Wystartował terkoczący silnik diesla, chyba furgonetki,trzasnęły drzwiczki jedne i drugie, auto ruszyło, oddaliło się szybko i spokojnie. Wygasały światła w oknach. Rozpłynął się też sygnał policji. Nie tutaj jechali.

Jak cicho – powiedział.
Tak.
Czemu przestałaś?
Nie przestałam. Nie chcę tak głośno... Chcę ... w sobie...
Dobrze mi...
Wiem... Chciałam, żeby było.
Tobie?
Też...

Jednak ci tego nie powiem. I tak mam to w sobie, zatrzymam tam. W końcu , któregoś dnia wymarzę to wspomnienie zadymionych wieczorów w knajpach, które przyciągały mnie magnesem brzęczących kufli, gwaru i dymu papierosowego, który ćpałem jeszcze zachłanniej gdy był z czyichś płuc, czyjegoś papierosa niż mojego, zawsze lubiłem zapach wydychanego tytoniu, śmiech i głupie rozmowy głupich , wyzywających dziwek, sama na mnie spojrzała, usiadła obok przy barze jednej nocy, drugiej, trzeciej a ja najpierw lubiłem na nią patrzeć a potem lubiłem ją dotykać gdy opierała się na mnie zataczając w drodze powrotnej do domu, lubiłem dotykać jej pośladków , nóg , palców gdy wkładała mi do ust okruchy świeżej bułki , jeszcze ciepłej bo właśnie pieczonej w piekarni, do której ją prowadziłem by uwieść zapachem świeżego pieczywa, taki podświadomy trik wzbudzający jej zaufanie, musiałem jej się właśnie wtedy skojarzyć z ciepłem, dobrem, śniadaniem, łóżkiem, rodziną , domem, biedna, głupia suka, taki tani chwyt. Upajałem się jej tandetnymi fatałaszkami, cieniutkimi majtkami, wysokimi obcasami, które wbijała mi w pupę tak mocno i namiętnie, że już drugiego wieczora zapomniałem o tobie choć jak na ironię gdy się spotkaliśmy po tym jak cię unikałem przez kilka wieczorów pokazałaś mi czerwone, niebotycznie wysokie szpilki, założyłaś je, uklękłaś i zaczęłaś mi obciągać z jakąś fetyszystyczną rozkoszą jakby mój fiut był tymi pantoflami na wysokim obcasie , które nagle tak ci się spodobały i na które potem patrzyłaś gdy leżałem na tobie i posuwałem cię z zachłannością i wyrzutem dlaczego dopiero teraz , dlaczego nie byłaś w tej zabawie pierwsza... I wkurwiło mnie to, że szepczesz: ale mi się podoba, ale zajebiście wyglądają i gapiłaś się na te kurwie szpilki i mówiłaś, będę je nosić dla ciebie, lubię być jak dziwka a ja myślałem, nie, nie jesteś, dziwką trzeba być, ty jesteś namiastką dziwki, poetycką namiastką, zbyt delikatną, zbyt mądrą, zbyt czułą , subtelną, płaczliwą i głęboką i piękną by być prawdziwą dziwką, do której właśnie tęskniłem , która pewnie na drugim końcu miasta właśnie szalała czemu jeszcze mnie nie ma choć miałem u niej być już kilka godzin temu i która uwiodła mnie milczeniem błyszczących ust i czarnymi , cienkimi rajtkami w środku zimy, które miała na nogach, doskonale widocznych aż po samiusieńki tyłek gdy tak siedziała obok mnie, na wysokim, barowym krześle...To wreszcie nie była ta twoja uroda przy której czułem się poetą, którą mnie znowu właśnie teraz paraliżujesz, jęczysz, dochodzisz wtulona , ja też dochodzę choć obezwładniasz mnie swoją delikatnością, wzruszasz, rozczulasz i czuję się jakbyś była moją siostrą, córką i podnieca mnie myśl o tym moim kazirodztwie i czuję twój jeden, głębszy, urwany oddech i czuję drżenie twego ciała i sam dochodzę, rozlewam się w tobie, o tak, jestem wyrozumiałym , starszym bratem a ty moją piękną, nieskalaną młodszą siostrą, uwielbiam to, że będę się czuł zaraz przy tobie winny, winny, że zamiast bronić ciebie ,mojej siostry, ośmielam się ją krzywdzić, posuwać... Ale robię to najdelikatniej jak umiem by w tym posuwaniu była jakaś etyka , morale pedofila kazirodcy i by cię nie skrzywdzić... Coś mnie tak nagle ściska w żoładku, głęboko i mocno bo już wiem, że przez tę moją dziwkę nie jestem poetą, przynajmniej nie zawsze a ty, moja piękna siostrzyczko tak chciałaś bym nim był. I płaczę gdy się z tobą kocham bo nie umiem ci powiedzieć nic innego poza jaka jesteś cudownie piękna, kochana , jak mi dobrze , takie dziwne łzy napływają mi do oczu bo to co czuję to prawda ale czuję też , że chciałbym ci powiedzieć: ty dziwko, rżnij mnie, rozkładaj nogi, szerzej, szerzej, tak, żeby bolało i ogromną przyjemność mi sprawia gdy patrzę jak moja głupia, tandetna suczka rozkłada te nogi posłusznie i mogę jej mowić tak, kazać, żądać i wiem, że ona to zrobi i tego właśnie chce i dlatego jest moją ulubioną rozrywką, dziwka, taki wciągający nałóg, taki boleśnie smutny i beznadziejny gdy teraz o tym myślę, patrząc na ciebie i czując, że delikatnymi, pięknymi ustami całujesz moją szyję i właśnie czekasz aż ci powiem coś poetyckiego, piękne słowa jakieś... Jak mam teraz otwo­rzyć usta i powiedzieć: zdradziłem cię...Bo nie chciałem być naprawdę poetą tylko wolałem marzyć o tym by nim być...

-Co?... Powiedz, nie słyszałam...
-Nic... Nie, nic nie mówiłem.
-Myślałam.
-Nie... Przytul się, nie , nic nie mówiłem... Po prostu tak gwa­łtownie oddycham, chrypkę mam to ci się zdawało – powiedział i uśmiechnął się. Mocno się objęli.
-Piękna moja – powiedział.
-Mój cudowny – wyszeptała.
Jej oddech powoli się uspokajał. Dalej za oknem było ciemno. Czyli jednak stłukli latarnię ,pomyślał. Żebyśmy tylko się od tego hałasu nie zbudzili, wcześnie wstajemy przecież, przypomniał sobie jeszcze.Bo teraz właśnie przyjechała wreszcie policja i zaczęła zabezpieczać ślady włamania do sklepu.

Link 04.12.2004 :: 15:10 Komentuj (2)
Odwiedzam Cichą, uśmiecha się. Ciepło choć od lat tak samo smutno i bezradnie, niewylewnie. Jest też koleżanka Cichej, Blondi, ta uśmiecha się szeroko i bezproblemowo. Głośno i szybko bo jeszcze nie skończyliśmy z Cichą wymieniać się zgaszonym powitaniem a Blondi jest już po długim „czeeeeść, kogo my widzimy, no,no” i po prezentacji uśmiechu zębicznego od ucha do ucha. Co tam, pytam Cichą. Nic, już dobrze, odpowiada. Już? Już, mówi i odwraca się naciągnąć spodnie na manekin. A kurde, wylewkę nam krzywo zrobił i glazura pękła, komunikuje Blondi, wujek nam robił. Pękła?, nie dowierzam, ano, pękła, wiesz, nie mam kasy na taką drogą, lekko się oburza. Ale ta tania też nie pęka, dalej jestem zdziwiony, jezus, jak ty zajebiście naciągasz te spodnie na tę dupcie, jezusku, mniam, jaka jesteś zajebista, moja ty Gunia, ty, Blondi wyskakuje zza lady i ściska Cichą, peszy. Głupia, uśmiecha się Cicha ale nagle jakoś tak ciepło patrzy przez moment. Znajdziesz sobie faceta, kochanie, cierpliwości, Blondi wisi przytulona na Cichej, musisz poczekać na właściwego, przecież wiesz. Wtula swoją twarz w jej włosy. Wiem, mówi Cicha i zapina rozporek na manekinie. W dupie mam facetów, postanawia klepiąc manekin w pupę. I prawidłowo, potakuje Blondi i znowu zwraca się do mnie. No i jak mój wszedł to popękała. Od kroków. Do dupy te płytki zupełnie. Też mam tanie płytki, stwierdzam. I nie pękły. Blondi mierzy mnie i mówi: mój ma sto dwadzieścia kilo. I taką piękną pupcię, mniam, mniam, zajebistą. Cicha się znowu uśmiecha, cicho głupia, ludzie w sklepie są. Ale ludzi nie było. Zmierzchowy spokój, za późno na powroty ludzi z pracy, za wcześnie na poobiednie wyjścia w miasto. Ja ważę dziewięćdziesiąt kilka, ambitnie komunikuję. Nie, nie , mój to nie to samo, stwierdza dumnie Blondi i żegluje z kilkoma swetrami na zaplecze. Głupia, w dalszym ciągu śmieje się Cicha. I masz ładny tyłek, nie przejmuj się, pociesza mnie, poza tym masz szyję, stwierdza. Więc, pytam? Już okej? Tak. Wczoraj byłam na skałkach, wiesz gdzie, mówi. Wieczorem, dopytuję? Tak, wieczorem..., w nocy w sumie. Nie mogłam usnąć, zaczyna opowiadać, wstałam i wyszłam z domu na przystanek. Akurat za niedługo był nocny. Wsiadłam i pojechałam. Weszłam na górę i chciałam skoczyć. Już byłam tak blisko , bliżej niż kiedykolwiek, mówi. I?, pytam po chwili milczenia. Nie mogę teraz. Jeszcze babcia żyje a mama ma długi. Nie teraz, mówi jakby przekonywała samą siebie. Jeszcze raz przelicza wieszaki, pomyliła się. Opowiada ci, że chciała skoczyć? - nagle już od zaplecza ryczy Blondi. Nie odpowiadamy. Daj spokój, kłopoty z pogrzebem, drogo a twoja mama ma długi, pragmatycznie tłumaczy Blondi. I czeka się na pochówek, dodaję, w listopadzie mnóstwo samobójstw jest, to te wiatry , wieją i... dużo samobójstw jest, urywam tak bez sensu samemu nie umiejąc tego racjonalnie wytłumaczyć. Czytałem gdzieś o tym, pamiętam. Ale dlaczego tak jest , nie pamiętam... No tak, zamyśla się Cicha. Te trzy dni, prawda?, raczej stwierdzam niż pytam. Wiem, że Cicha jest katoliczką i dla niej te zasady są ważne. Kurde, jak mój dziadek umarł, zaczyna nawijać Blondi i przekładać swetry z górnej półki na dolną, to się samochód- lodówka zepsuł. No ten co trupy wozi. A dziadek zmarł w sobotę, dodaje. To taka wieś, daleko , psy dupami szczekają, mówię ci, zadupie totalne, wtrąca Cicha, no, potwierdza Blondi i ciągnie dalej: no i w poniedziałek babci powiedzieli, że jeszcze dzień będą naprawiać, że mniej pogrzeb będzie kosztował w takim razie i w ogóle i żeby lodem obłożyć, no, takim z lodówki, jak najwięcej tego lodu, żeby było to jakoś może wytrzyma ten dzień, półtora, zanim nieboszczyka nie weźmiemy, tak powiedzieli. No tośmy z całej wsi z zamrażalników bryły głęboko zmrożonego mięsa wyciągali, kostki lodu, każdy co miał to odłupał i wszystko na łóżko dziadka znosiliśmy. No, okno oczywiście też zasłonięte , żeby słońce nie tego, na dziadka nie padało, objaśnia Blondi. No i babcia się uparła, że nie pójdzie od dziadka nigdzie, położyła przy nim, objęła go ramieniem i głowę na nim złożyła. Babciu, nie leż obok dziadka, żeśmy mówili, on zaraz zacznie śmierdzieć. Upały są przecież. A babcia nic, dalej leży, uparła się jak nie wiem co. Jeden dzień, drugi, trzeci tak leżała, tylko napić się w nocy do kuchni powlokła. Zaduch się zrobił w pokoju, dziadek zaczął śmierdzieć. A babcia nic, dalej przy nim leży, szepce i głaszcze go po włosach. No i te świeczki obok, ledwo wchodziłam zmieniać nowe bo tak ten dziadek śmierdział, no mówię wam, przekonuje Blondi. Nie wiem jak to się nazywa ale ostatniego dnia tak krew mu z oczu zaczęła kapać i pocić się tą krwią zaczął. Tak nią podszedł i przesiąkł, no wiesz, jak taka śnięta ryba, która leży kilka dni i mięso jej się robi takie miękkie i czerwonawe - nerwowo się uśmiechnęła, żeby przykryć niepewność użytego porównania, szybko się zreflektowała i ciągnęła dalej: no, dziwne, bo już tyle nie żył a tu ta krew tak nagle... A babcia nic, głaskała go po policzkach, twarzy , włosach i tak aż do końca kiedy ci kolesie naprawili lodówkę i przyjechali wreszcie, na nosze dziadka wzięli, mnie też możecie tera zabrać, powiedziała tylko babcia. A oni też przez mankiety koszul starali się oddychać tak śmierdziało. Ale jaja, nie?, mówi Blondi. Hardkor, dodaje. Nie mówimy z Cichą nic. No, w końcu Cicha kiwa głową, musiała go naprawdę kochać. To piękne, szepce do siebie, nie?, pyta mnie tak bardzo cicho, żeby Blondi nie słyszała. No, tak samo odpowiadam. No , kurde, babcia długo nie pożyła potem, rok później zmarła- nagle wolniej mówi Blondi, ta to musiała go kochać, nie?, pyta już głośno Cichą, samobójstwo to przy tym pikuś, stwierdza. Cicha uśmiecha się tylko. Jak to zwykle ona, cicho, bezradnie i niewylewnie.

Link 11.12.2004 :: 00:46 Komentuj (16)
G. bardzo cicho otwiera kluczem zamek, drzwi uchyla takim ruchem jakby chciała uniknąć skrzypnięcia. Zamyka je za sobą , zanurza się w ciemność mieszkania. Słyszę, poznaję po dźwięku, że powoli ściąga płaszcz i głosem nieznacznie mocniejszym od szeptu, bardzo powoli zaczyna mówić…

-A myślisz , że z Tobą łatwo się żyje? Myślisz? Myślisz, że łatwo jest być z kimś kto myśli, że jutro będzie tylko gorzej? Że każdy następny dzień jest ponurą konsekwencją dnia dzisiejszego? Myślisz, że łatwo znoszę to, że gdy patrzę na ciebie rano to wiem, że jest ci totalnie obojętne, że się obudziłeś? Mógłbyś spać po prostu, i tak byś nie zauważył, że nie ma dnia. Chcesz ciągle więcej czegoś, czego nie ma… -
Nie śpię, nie wstaję, nie ruszam się. Leżę na swoim materacu,słucham. Wiem, że jeszcze ma swoje klucze, że będzie przychodzić. Nie umiem wstać i zabrać jej tych kluczy. Nie umiem. Zamykam oczy bo czuję , że błyszczą mi w tej ciemności, łapią jakąś odrobinkę światła zza okna, z dalekiej latarni. Nie chcę , żeby zauważyła, że patrzę. Przesłaniam dłonią oczy, teraz mogę ją widzieć w półmroku, już weszła. Powoli rozpina bluzkę…

-…Czego nawet nie widzisz, nie umiesz zlokalizować. Wystarcza ci tępe przekonanie, że to gdzieś jest. W miejscu, z którego zobaczysz pocztówkę, w kobiecie, którą miniesz na ulicy. W parach, które za tobą w kinie siedzą. Wszędzie jest to twoje szczęście tylko nie przy tobie, nie w zupie, którą jesz, nie w kobiecie, którą od czasu do czasu posiadasz a która wpuszcza cię do środka po zmroku bo cię kocha i twój kutas nie jest tylko kutasem, jest tobą… Który pulsujesz, żyjesz i ciągle chcesz innej cipy, innej twarzy, innych włosów , innego życia. Myślisz, że łatwo jest mi kochać kogoś kto patrząc w moje oczy myśli o tych setkach oczu, które jeszcze w niego nie patrzyły…? Bo może popatrzą z większą miłością? Z większą perwersją? Czego jeszcze nie miałeś? Czego? Z twoim chujem w gardle prawie patrzę Ci prosto w oczy , bo kocham. Jesteś w środku i obijasz mi macicę i też patrzę ci prosto w oczy z miłością i uwielbieniem, podaję ci zupę z uwielbieniem, przynoszę aspirynę do łóżka, łaskoczę rano po spoconych stopach, spuszczam wodę w kiblu po tobie bo zapominasz czasem, a ty każdego dnia patrzysz z wyrzutem , że jestem tylko taką żałosną pizdą na jaką cię stać…

Już od chwili stoi nade mną, zakrywa dłońmi piersi, jest na wpół rozebrana.

-Kochaj mnie, kochaj mnie, prosi.

- Wynoś się – mówię.

G. dalej stoi i patrzy na mnie. Powtarzam:
-No, spierdalaj. Już.

G. wybiega z pokoju, zbiera szybko swoje upuszczone części garderoby, trzaska drzwiami wejściowymi i ubiera się już na klatce. Słyszę, że zbiega kilka stopni, liczę kroki. Nie, nie zbiegła niżej. Zatrzymała się. Wstaję i boso podchodzę do drzwi wejściowych. Patrzę przez wizjer. Jest tam na półpiętrze, usiadła. Kuli się. Automat gasi światło na klatce. Ciemno. Oddycham. Ona szeleści na klatce, płaszczem chyba. Stoję tak i wiem, że nic nie zobaczę. Zbyt jest późno, nie ma kto wchodzić i wychodzić. Wracam na materac, pod pościel. Chwilę mi zimno ale zaraz rozgrzewam się, zasypiam. Budzę się wcześnie, zbyt wcześnie. Od razu wstaję, robię kilka kroków spoconymi stopami , otwieram drzwi wejściowe i widzę, że jest tam, poniżej kilku schodów. Podchodzę, nie śpi, czeka na mnie, patrzy zapuchniętymi , czerwonymi oczami.
-Porozmawiamy?-pyta.
-Tak, kiwam głową.
Wyciągam papierosy, bierze jednego, podpala, zaciąga się głęboko. Ja też. Tak. Posiedzimy. Porozmawiamy.

Link 16.12.2004 :: 21:00 Komentuj (7)
Kończą się schody. Widać wyjście. Zatrzymujemy się przed nim. Przez przeszklone drzwi widać pokryte śniegiem miasto. Troszkę prószy ale kojarzy się to raczej z piękną , zimową nocą niż z mroźną zawieruchą. K. nagle patrzy w bok jakby chciała zadać trudne pytanie.

-Jest u ciebie?
-Tak.
- Odejdziesz od niej?

Milczę.

K. dopytuje:- Dzisiaj odejdziesz?

Dalej milczę.

K.- Pomogę ci…
- Jak mi pomożesz?
K.- Będę z tobą teraz… pojedziemy do Ciebie…nie musisz nic do mnie mówić… Odprowadzę cię pod drzwi…Wejdziesz i powiesz jej , że to koniec…

Nagle słyszę swój głos: no co ty… nie mogę tak… małego mam do przedszkola zaprowadzić, nie mogę tak od razu, muszę się przygotować, nie wiem co powiedzieć…

K.- jak to co powiedzieć? Że masz kogoś powiesz.

Otwiera drzwi. Jednak zawiał wiatr. Stoimy tak, że na nasze twarze pada śnieg. Mrużę oczy, K. też.

K.- No chodź…

K. w milczeniu prowadzi samochód a ja na nią patrzę. Piękna. Delikatna. Seksowna. Smutna. Napięta. Jedziemy przez miasto. Nie mówimy nic do siebie. Mijamy jeden tramwaj, drugi, mijamy kilka ulic. Podjeżdżamy pod mój dom. To już? Szybko, myślę. Chwila milczenia. Nie otwieram jednak drzwi, nie wysiadam, nie idę na górę, nie kończę z G. Pracują wycieraczki K. chucha w szybę , przeciera ją ręką bo w jednym miejscu uparcie zaparowuje.

K.: No… Twój przystanek.

-Wiem, odpowiadam

K.: Nie wysiadasz?

- Nie.... czasu potrzebuję…- dopowiadam po chwili.

K. powiększa dziurkę w zaparowanej szybie.

K.: no, potrzebujesz.

-Jeszcze się przejedźmy. Chwilę…

K. kiwa leciutko głową… Rusza.

To dziwny zbieg okoliczności ale właśnie teraz zaczyna dzwonić mój telefon. Dzwoni i dzwoni. Gdy kończy dzwonić zaczyna od nowa… Patrzymy na siebie. To trwa długo ale widzę w jej spojrzeniu cały dramat jej oczekiwania, odwlekania przeze mnie decyzji, całą jej złość na mnie na to, że jest G.,że właśnie dzwoni. Wyjeżdżamy obwodnicą za ostatnie bloki. Droga zwęża się i zmienia gwałtownie w starą, polną. To już koniec miasta. Widać osiedle, tramwajowa zajezdnia jest już za blokami. K. zatrzymuje samochód. To ostatnie miejsce do którego można było dojechać.
K. pyta:- Tutaj?

- Tak, tutaj , odpowiadam i już nic więcej nie mówię. Patrzę w ciemność pól. Wyciągam rękę do K. Czuję jak wkłada swoją dłoń w moją.

-Chciałem tutaj, mówię.
-Okej, odpowiada K.
Rozumie mnie. Cierpliwa. Spokojna. Ufna. Sięga do boku swojego siedzenia i rozkłada je. Robię to samo. Leżymy tak chwilę trzymając się za ręce.
W oddali tramwaj nagle dzwoni i odjeżdża. Nagle nastaje świdrująca w uszach cisza. Mocniej ściskam jej rękę.

Mówię. Nie, nie mówię, tłumaczę się:- Biedę mieliśmy… dziecko mamy… razem… Gówno,no…
K. nie odpowiada. Złości mnie to nagle, że tak milczy.
Pytam więc, tak jakoś smutno, zaczepnie:- Wszystko ci się tak w życiu udaje?
K. nagle pyta mnie, atakuje:- Co ci nie wyszło?
- Życie mi nie wyszło. I nigdy nie wyjdzie.
K. puszcza gwałtownie moją dłoń. Zajeżdża następny tramwaj i oświetla nasze twarze. Zbliża się ranek i tramwaje coraz częściej będą jeździć. K. nagle otwiera drzwi i wystawia nogę na zewnątrz jakby jeszcze się wahała czy chce wysiąść czy nie. Odwraca się do mnie:
K: Chodź. Chodź. Wysiądź i chodź.
Otwieram drzwi, wysiadam. Zostawiamy samochód, jest pusto, i tak go nikt nie ukradnie. K. najpierw idzie kilka kroków i staje. Czeka aż do niej dojdę. Nagle zaczyna biec. Biegnie w głąb pól, w pustkę. Ciężko jej bo śnieg jest głęboki i nikt tędy nie chodzi. Chwilę patrzę za nią. Szybko jej sylwetka zatapia się w mroku.
K. krzyczy: Zimno mi!!!...Oddala się ode mnie. No chodź, pobiegaj!, słyszę jej nawoływania.
K.:Muszę się rozgrzać!...No, chodź bo zamarzniemy! Gonimy się, śmiejemy. K. rozkłada ręce i zatrzymuje się w miejscu jakby chciała mnie złapać.
K. : no chodź.

I łapie mnie, wpadam w jej objęcia, K. przewraca się w śnieg ciągnąc mnie za sobą. Przestajemy się śmiać, słychymy nasze głośne oddechy, które stopniowo się uspokajają… Pada śnieg. Nie ocieramy go z twarzy.
K: nie wyjdzie ci, tak…

K.: kocham cię. Patrzy na mnie a ja patrzę na nią. Patrzę. Miłość to spojrzenia.
Mówię : kocham cię
K. dalej patrzy. Wkłada swoje dłonie w moje dłonie, wchodzi na mnie , zaczyna całować. Przytłacza mnie sobą
K. pyta cichutko, troskliwie: teraz już nie jest zimno…
Kochamy się w śniegu, daleko na horyzoncie wstaje świt. Wieje wiatr. Zawiewa ślady naszych butów.
K.: to lepiej przestań mnie kochać… przestań mnie kochać jeśłi mamy tak żyć… nie będę mogła cię mieć… przestań mnie kochać jeśli ona będzie… Jedziemy tam, słyszysz… Jedziemy i mówisz jej , że odchodzisz…
Przykłada swój palec do jej ust…
Mówię : ciii…

Daleko w zajezdni słychać kolejny tramwaj. Robi się coraz jaśniej. Znowu dzwoni mój telefon. K. siedząc jeszcze na mnie odchyla głowę do tyłu gdy widzi , że przymierzam się do odebrania telefonu. Wtedy zaczyna krzyczeć: aaaaaa!!!! …. Zatrzymuję się w połowie ruchu palcem do klawisza odbierającego rozmowę.
K.: nie wytrzymam tego, słyszysz!
Wstaje raptownie ze mnie i idzie do samochodu poprawiając porozpinany płaszcz, zamek od spódnicy, szalik. Otrzepuje się ze śniegu. Leżę i wbijam zęby w przegub jakbym chciał i krzyknąć i stłumić swój krzyk jednocześnie. W końcu też wstaję i idę w pewnej odległości za K. Znowu się zrywa wiatr, który kładzie prawie na ziemi dziwne, wyrastające spod śniegu badyle. Padający śnieg gęstnieje.


Link 29.12.2004 :: 23:54 Komentuj (1)
Mam swój sposób, żeby odbić się od złych myśli. Popełniam samobójstwo. Od lat popełniam je rytualnie i celebruje każdą chwilę swojego umierania. Najpierw zjadam, ponury, kolację. Potem kąpię się i ubieram. Potem otwieram puszkę piwa, jedną i drugą i trzecią bo przecież śmierć wymaga odwagi. Nie jest łatwo umierać , tym bardziej umierać samemu. Czasem umieram jak rzymianin, nagi w wannie sącząc piwo – drobne odstępstwo od tradycji ale win nie lubię, czasem zasypiam z przedawkowania pigułek nasennych a czasem , ale nigdy nie udało mi się tak umrzeć, wyskakuję przez okno. Przechylam się i patrzę w dół, szczególnie wtedy gdy deszcz pada, dostaję zawrotów głowy a to co poniżej wciąga mnie i przyciąga. Nie mam odwagi by tak umrzeć, marznę i moknę by w końcu wrócić do innego rodzaju śmierci. Więc albo rzymianin albo Marylin Monroe. Jeśli akurat akurat w wannie nie uda mi się kompletnie upić to wychodzę chwiejnym krokiem i idę do łóżka szprycując się prochami na sen. Płaczę z żalu nad sobą. Wyobrażam sobie chwilę po chwili jak naprawdę umieram, jak drętwieją mi ręce, nogi, czuję mrowienie i coraz słabiej się ruszam , mnóstwo chwil mam w głowie, wspominając je jeszcze bardziej płaczę bo już nie wrócą, patrzę na swój pogrzeb, torturuję się myślą, że nikogo na nim nie będzie, ot, taka mała , wietrzna, deszczowa ceremonia pogrzebowa. Zawsze sobie wyobrażam tylko jesień, szarą i zimną, nawet jak zdarza mi się umierać latem to wiem, że w szufladzie jest testament, który mówi, że mam leżeć w lodówce i czekać do jesieni… Zima też wchodzi w grę. Uwielbiam myśleć, że grabarze namęczą się z drążeniem zmarzniętej ziemi, żeby pochować mnie na odpowiedniej głębokości.
W końcu zasypiam, ze łzami w oczach, wyobrażając sobie, że wszyscy Ci, którzy nic mi już nie chcieli powiedzieć teraz właśnie zapragną tylko do mnie mówic ale już będzie za późno bo słyszeć nie będę. Wybaczać też już nie.

[Fields of the Nephilim - And There Will Your Heart Be Also] - z najpiękniejszej gotyckiej płyty jaką znam, od Wigilii aż po koniec roku pewnie.



pisz do grafomana mail