Link 16.12.2004 :: 21:00 Komentuj (7)
Kończą się schody. Widać wyjście. Zatrzymujemy się przed nim. Przez przeszklone drzwi widać pokryte śniegiem miasto. Troszkę prószy ale kojarzy się to raczej z piękną , zimową nocą niż z mroźną zawieruchą. K. nagle patrzy w bok jakby chciała zadać trudne pytanie.
-Jest u ciebie?
-Tak.
- Odejdziesz od niej?
Milczę.
K. dopytuje:- Dzisiaj odejdziesz?
Dalej milczę.
K.- Pomogę ci…
- Jak mi pomożesz?
K.- Będę z tobą teraz… pojedziemy do Ciebie…nie musisz nic do mnie mówić… Odprowadzę cię pod drzwi…Wejdziesz i powiesz jej , że to koniec…
Nagle słyszę swój głos: no co ty… nie mogę tak… małego mam do przedszkola zaprowadzić, nie mogę tak od razu, muszę się przygotować, nie wiem co powiedzieć…
K.- jak to co powiedzieć? Że masz kogoś powiesz.
Otwiera drzwi. Jednak zawiał wiatr. Stoimy tak, że na nasze twarze pada śnieg. Mrużę oczy, K. też.
K.- No chodź…
K. w milczeniu prowadzi samochód a ja na nią patrzę. Piękna. Delikatna. Seksowna. Smutna. Napięta. Jedziemy przez miasto. Nie mówimy nic do siebie. Mijamy jeden tramwaj, drugi, mijamy kilka ulic. Podjeżdżamy pod mój dom. To już? Szybko, myślę. Chwila milczenia. Nie otwieram jednak drzwi, nie wysiadam, nie idę na górę, nie kończę z G. Pracują wycieraczki K. chucha w szybę , przeciera ją ręką bo w jednym miejscu uparcie zaparowuje.
K.: No… Twój przystanek.
-Wiem, odpowiadam
K.: Nie wysiadasz?
- Nie.... czasu potrzebuję…- dopowiadam po chwili.
K. powiększa dziurkę w zaparowanej szybie.
K.: no, potrzebujesz.
-Jeszcze się przejedźmy. Chwilę…
K. kiwa leciutko głową… Rusza.
To dziwny zbieg okoliczności ale właśnie teraz zaczyna dzwonić mój telefon. Dzwoni i dzwoni. Gdy kończy dzwonić zaczyna od nowa… Patrzymy na siebie. To trwa długo ale widzę w jej spojrzeniu cały dramat jej oczekiwania, odwlekania przeze mnie decyzji, całą jej złość na mnie na to, że jest G.,że właśnie dzwoni. Wyjeżdżamy obwodnicą za ostatnie bloki. Droga zwęża się i zmienia gwałtownie w starą, polną. To już koniec miasta. Widać osiedle, tramwajowa zajezdnia jest już za blokami. K. zatrzymuje samochód. To ostatnie miejsce do którego można było dojechać.
K. pyta:- Tutaj?
- Tak, tutaj , odpowiadam i już nic więcej nie mówię. Patrzę w ciemność pól. Wyciągam rękę do K. Czuję jak wkłada swoją dłoń w moją.
-Chciałem tutaj, mówię.
-Okej, odpowiada K.
Rozumie mnie. Cierpliwa. Spokojna. Ufna. Sięga do boku swojego siedzenia i rozkłada je. Robię to samo. Leżymy tak chwilę trzymając się za ręce.
W oddali tramwaj nagle dzwoni i odjeżdża. Nagle nastaje świdrująca w uszach cisza. Mocniej ściskam jej rękę.
Mówię. Nie, nie mówię, tłumaczę się:- Biedę mieliśmy… dziecko mamy… razem… Gówno,no…
K. nie odpowiada. Złości mnie to nagle, że tak milczy.
Pytam więc, tak jakoś smutno, zaczepnie:- Wszystko ci się tak w życiu udaje?
K. nagle pyta mnie, atakuje:- Co ci nie wyszło?
- Życie mi nie wyszło. I nigdy nie wyjdzie.
K. puszcza gwałtownie moją dłoń. Zajeżdża następny tramwaj i oświetla nasze twarze. Zbliża się ranek i tramwaje coraz częściej będą jeździć. K. nagle otwiera drzwi i wystawia nogę na zewnątrz jakby jeszcze się wahała czy chce wysiąść czy nie. Odwraca się do mnie:
K: Chodź. Chodź. Wysiądź i chodź.
Otwieram drzwi, wysiadam. Zostawiamy samochód, jest pusto, i tak go nikt nie ukradnie. K. najpierw idzie kilka kroków i staje. Czeka aż do niej dojdę. Nagle zaczyna biec. Biegnie w głąb pól, w pustkę. Ciężko jej bo śnieg jest głęboki i nikt tędy nie chodzi. Chwilę patrzę za nią. Szybko jej sylwetka zatapia się w mroku.
K. krzyczy: Zimno mi!!!...Oddala się ode mnie. No chodź, pobiegaj!, słyszę jej nawoływania.
K.:Muszę się rozgrzać!...No, chodź bo zamarzniemy! Gonimy się, śmiejemy. K. rozkłada ręce i zatrzymuje się w miejscu jakby chciała mnie złapać.
K. : no chodź.
I łapie mnie, wpadam w jej objęcia, K. przewraca się w śnieg ciągnąc mnie za sobą. Przestajemy się śmiać, słychymy nasze głośne oddechy, które stopniowo się uspokajają… Pada śnieg. Nie ocieramy go z twarzy.
K: nie wyjdzie ci, tak…
K.: kocham cię. Patrzy na mnie a ja patrzę na nią. Patrzę. Miłość to spojrzenia.
Mówię : kocham cię
K. dalej patrzy. Wkłada swoje dłonie w moje dłonie, wchodzi na mnie , zaczyna całować. Przytłacza mnie sobą
K. pyta cichutko, troskliwie: teraz już nie jest zimno…
Kochamy się w śniegu, daleko na horyzoncie wstaje świt. Wieje wiatr. Zawiewa ślady naszych butów.
K.: to lepiej przestań mnie kochać… przestań mnie kochać jeśłi mamy tak żyć… nie będę mogła cię mieć… przestań mnie kochać jeśli ona będzie… Jedziemy tam, słyszysz… Jedziemy i mówisz jej , że odchodzisz…
Przykłada swój palec do jej ust…
Mówię : ciii…
Daleko w zajezdni słychać kolejny tramwaj. Robi się coraz jaśniej. Znowu dzwoni mój telefon. K. siedząc jeszcze na mnie odchyla głowę do tyłu gdy widzi , że przymierzam się do odebrania telefonu. Wtedy zaczyna krzyczeć: aaaaaa!!!! …. Zatrzymuję się w połowie ruchu palcem do klawisza odbierającego rozmowę.
K.: nie wytrzymam tego, słyszysz!
Wstaje raptownie ze mnie i idzie do samochodu poprawiając porozpinany płaszcz, zamek od spódnicy, szalik. Otrzepuje się ze śniegu. Leżę i wbijam zęby w przegub jakbym chciał i krzyknąć i stłumić swój krzyk jednocześnie. W końcu też wstaję i idę w pewnej odległości za K. Znowu się zrywa wiatr, który kładzie prawie na ziemi dziwne, wyrastające spod śniegu badyle. Padający śnieg gęstnieje.

