grafomania
at ownlog '06
Link 01.04.2006 :: 13:25 Komentuj (9)
Zabili ją w zeszłą środę, powiedział a ja zaciągnąłem się papierosem.

Ty syfie jebany, pierdolony pedale, chuj ci w tę wąską dupę, siedzieli grupką na ławce i wołali za nim. Żebyś ty który kiedyś sam był, myślał i patrzył im bezczelnie w twarz. Nie, nie zaczepiali go. Był chudy, wysoki ale napięty i giętki jak kot. Miał ścięgna z żelaza, był silny. Potrafił ugryżć, ścisnąć przedramieniem szyję, wbić gwóźdź komuś w dłoń , poddusić. Zajadły był, wściekły, inteligentny. Wyrzutek, półsierota, bali się go.

A ojciec to się w chuj zawinął już lata temu. Zajebał jeszcze matce resztkę pieniędzy z barku i sru, tyle go widziała. Żeś se bachora chciała to se sama chowaj, mnie on na chuj. Ja nie chciałem, powiedział i drzwiami pierdolnął. Matka to w fotelu siadła i płakała podobno , tak mi mówiła, jak on tymi drzwiami trzasnął ale gdy zobaczyła,że pieniądze jej zajebał to już klęła i pomstowała cały dzień pod nosem: a w chuj idź, chuju pierdolony i żebyś nam już życia nie psuł. Ja nie wiedziałem, że ona tak ciągle chuj i chuj mówiła, mleko wtedy z butelki piłem, mały byłem , wiesz... Mleko się kończyło, ze śpiochów wyrastałem i matka szła w miasto obciągać. Mogła być spokojna,nigdy się nie budziłem z krzykiem, taki grzeczny byłem dzieciak.

Biegnij, kurwi synalku, wołali a on biegł, biegł, najpierw się potykał ale z miesiąca na miesiąc, roku na rok coraz szybciej i szybciej aż w końcu przestali popychać i ironicznie poganiać bo gdy już biegał to najszybciej ze wszystkich.

Ona zawsze chciała, żebym ojca poznał. Nie wiem jak ale w końcu dowiedziała się gdzie mieszka, zabrała mnie tam kiedyś. Tu masz brata , powiedziała. On nie wie, że jesteś i żyjesz ale to będzie dla niego piękna niespodzianka. Kiedyś cię zobaczy i ucieszy się, że już nigdy nie będzie sam. Zadarliśmy głowy do góry i błądziłem po oknach, zastanawiałem się , w którym może mieszkać mój brat. Piękne okna, czyste, nowe domy, duże mieszkania. Parteru nie widzieliśmy bo zasłaniał go kamienny mur z elektryczną bramą, która cicho, z szelestem rozsuwała się co chwilę by wpuścić lub wypuścić błyszczące, duże samochody.

Chodź, powiedziała matka, coś mam dla ciebie. I poszli obok sklepu, alejką w lewo, przez maleńki ryneczek, w stronę trzech jedyny bloków, które stały obok wsi. Matka wyjęła klucze i wpuściła go przodem. Teraz będziesz miał swój pokój, na studia idziesz, musisz mieć. Nie pytał skąd miała pieniądze by wynająć to mieszkanie. Już wtedy wiedział co robi , nie wiedział tylko, że owszem, płacili jej kilkanaście, czasem kilkadziesiąt złotych za numerek ale ona chowała do kiesznie i pożyczała drugie tyle. Miała oddać za tydzień, jutro lub obciągnąć jeszcze raz, za darmo. Ale wtedy znowu pożyczała i znowu miała dać za darmo. Nigdy nie dała. Dług rósł. Zbili ją raz czy drugi. Mówiła mu, że źli ludzie chcieli jej zabrać portfel. Gdu urósł już w to nie wierzył. Nie jadł , nie pił bo nie chciał by matka wychodziła. Ale gdy czuł się głodny to jadł. Jadł i płakał bezsilnie a matka mówiła mu, jedz, mojego losu i tak nie zmienisz. A w tym nowym mieszkaniu poprosiła go: pójdziesz na studia, prawda? Ucz się dalej, byś z tej dziury wyszedł i zasłużył na swojego brata.
Zdobyła się po latach na odwagę i porozmawiała z moim ojcem. Powiedziała mu,że ja mam już dwadzieścia pięć lat, mój brat ma 20 i najwyższa pora, żeby się spotkać. Chociaż raz, nie, żeby się polubić ale żeby bracia znali swoje twarze. Mieli do nas przyjechać, sprzątałem mieszkanie, mama zrobiła obiad. Gdy znosiłem kubeł do śmietnika na dole, przed blokiem czuć było zapachy. W końcu zajechali, z okna , zza firanki zobaczyłem ładny samochód i przestraszyłem się. Stół był nakryty, nowa zastawa, nakrochmalony obrus. Zapukali do drzwi. Otworzyłem. Przede mną stał młodzieniaszek, dobrze ubrany , w czapce z daszkiem. Cześć, powiedziałem a on przepchnął się i wszedł do środka. Pachnący, brutalny, arogancki. Szerokie spodnie, czapka z daszkiem, biżuteria na palcach. Bogaty. Obejrzał nasze stare szafki, stół i stare radio bośmy telewizora nie mieli wtedy. Splunął i powiedział: staremu się pojebało, te łachudry to nie jest moja rodzina. Wyszedł. Wyjrzałem przez okno. Wsiadł do samochodu od strony pasażera i pojechali. Więc mojego ojca nawet nie zobaczyłem, więc trzymał samochód na silniku, więc nie miał zamiaru do nas wejść, więc to tak. Żebyśmy znowu nauczkę mieli, powiedział przecież matce dwadzieścia pięć lat temu, że na chuj mu ja. Mama usiadła w fotelu, mucha brzęczała pod lampą, słońce obracało kurzem w pokoju a ja po chwili powiedziałem: mamo, zjedzmy, wystygnie nam.

I w końcu ktoś go zobaczył. Zawsze z jego wsi jeździły do miasta grupki za pracą. A to przeprowadzkę komuś zrobić a to starą pralkę wynieść, a to po remoncie posprzątać. Stawali na takim placu niedaleko dworca a tam bogatsi przyjeżdżali i uchylali szyby od samochodów by po twarzach wybrać tych najmniej pijanych, najmniej brudnych , najbardziej zabiedzonych, którym można zapłacić najmniej. Zatrzymywali samochód, mówili sumę i co jest do zrobienia. Potem z bagażnika wyciągali płachtę folii, kładli na tylnym siedzeniu i pozwalali wsiadać by zabrać ich do domu. Odwozili potem na ostatni pekaes , zwijali z siedzenia folię i wracali do domu zadowoleni, że udało się problem załatwić, szybko i tanio. On unikał tego dworca , pozwalał się odprowadzać tylko nieopodal. Ale raz się pomylił. Pękła rura, wodociągi rozkopały dworzec i tymczasowy przystanek autobusu zrobiono właśnie nieopodal, tam gdzie pozwalał się odprowadzać. I gdy zobaczono jak ukradkiem dotyka swojego kochanka po dłoni, jak uśmiecha się tak inaczej niż śmieje się mężczyzna do przyjaciół to szeptano gdy czekał na autobus, szeptano gdy nim jechał a wieczorem gdy znosił kubeł z odpadkami do śmietnika pierwszy raz w życiu usłyszał : pedał pierdolony.

Zapytała przy sniadaniu czy to prawda. Domyśliłem się, że o to pyta. Tak. To nie pieniądze, ty kochasz? Tak, mamo, kocham. To nie pieniądze, powiedziałem. Otworzyliśmy trzecie piwo, ja się położyłem na murku i poczekałem aż zechce opowiadać dalej. Patrzyła w jaki sposób to mówię, patrzyła długo i wnikliwie a potem powiedziała: znam się na miłości trochę. Ty rzeczywiście kochasz. Ze studiów kolega? Tak, powiedziałem. Zaproś go. Zaproszę kiedyś mamo. Ale nie tutaj. Rozumiem, powiedziała.

Jak tam pedałciu, zawołali za nim. Tym razem byli tylko we dwóch. Natarł na nich. Rozdzielili się i zaczęli biec. Za tym wyższym pogonił, tym co częściej zanim wołał. Wyższy uciekał, uciekał. A pedał biegł i biegł, równo, spokojnie, oddychał miarowo, przecież najszybciej z nich biegał, tyle ćwiczył, silny był. Dopadł wyższego za wsią, tam gdzie jeszcze tylko zarośla o droga do miasta. Odczep się , pedale, wyższy dyszał, upadł na ziemię ze zmęczenia. Zaczął go kopać, tłuc po twarzy, głowie. Nazwij mnie pedałem jeszcze raz, zapowiedział.Pedał, pedał, dyszał wyższy. Pedał. I wtedy pedał przydusił kolanami wyższego do ziemi i wyjął fiuta. Dotykał nim wyższego po twarzy i mówił: masz, cwelu, nazwij mnie jeszcze raz pedałem to powiem wszystkich, żeś mi obciągał. Twoja matka obciąga, wysapał wyższy. Dostał w mordę i stracił przytomność. Pedał wstał i nasikał na wyższego. A potem pobiegł przez zarośla z powrotem w stronę wsi, padł na łąkę , skulił się i zaczął płakać.

Dwa lata studiów miałem najlepsze oceny. Matka pytała się kiedy skończę, miałem wrażenie, że spieszy jej się. Coraz częściej wracała brudna i pobita. Już wiedziałem, że zbyt dużo ma długów, że już się z tego nie wyplącze. Pić zaczęła. Nie zauważyłem bo przecież syn tego tak nie widzi, że zmarniała, zbrzydła. Więc już nie mogła po wsi obciągać tak często. Ani po wsi tej ani w sąsiednich. Trochę w mieście bo tam więcej ludzi to więcej zboków. W końcu poszła w tan, raz jej nie było tydzień, raz drugi. A zabili ją w zeszłym tygodniu. Za długi. Zaciągnąłem się papierosem. On wziął ode mnie łyk piwa bo swoje wypił szybciej. Chyba się zaprzyjaźnimy , co? Nie będę cię podrywał, roześmiał się. Jestem pedałem z dobrego domu. Wybuchnęliśmy śmiechem.



pisz do grafomana mail