grafomania
at ownlog '06
Link 09.05.2007 :: 02:08 Komentuj (8)
Bez inicjacji cz.1.

Tu jest tak, że im prędzej spalisz się całkowicie tym prędzej urodzisz się na nowo. Spalić musisz wszystko, doszczętnie. Książkę telefoniczną, przyjaciół, dyplom studiów, marzenia, nawyki, całokształt. Wspomnienia też spal. Najpierw. One palą się najtrudniej, one się spalić po prostu nie chcą. Będą cię próbowały dopaść, pojawią się nagle, nieoczekiwanie, będą ci przeszkadzać. Ale spalić je po prostu musisz. Im szybciej tym lepiej.
Przypominam sobie dwóch pogodnych facetów, pracowników warszawskiej spalarni zwłok. No, tysiące to nie ale setki trupów spopielili. - Panie, ja sam nie miałem pojęcia ale teraz to polecam. Czyściutko, elegancko i ekologicznie. W ziemi pan nie zalegasz, robale panu w oczach nie chodzą, spłoniesz pan elegancko wraz z garniturem, taki szary proszek się zrobi. W ładną urnę i do grobu. Robaki nie mają czego szukać. Żadnej zgnilizny, fetoru śmierci, no syfu nie ma. Polecam.- W oknach spopielarni mają kwiatki, w rogu duże akwarium z rybkami. Zdziwiony jestem. - No coś pan, kurwa , myślał, że co to jest? Trupiarnia? Się żyje normalnie, pracuje, je.- Wchodzę na schodek i zaglądam przez szybkę do środka pieca. Ogień już strawił drewno trumny, bulgocze płonące ciało. - Teraz to nuda - mówi. - Pan patrz jak już do środka dojdzie, zacznie puchnąć śledziona, urośnie w taki wielki bąbel, pęknie. Czasem mózg widać jak kipi. No a potem to już się szkielet pali. Najgorszy jest rak. Kurczy się pod wpływem ognia, zbija w twardą , czarną grudkę. Jak kauczuk. Wtedy muszę zwiększyć temperaturę i dodać utleniacz. Inaczej by się nie spalił.- pokazuje zawory, termometr i jakieś przyciski. Dobry piec, szwedzki. Ekologiczny. - Bo jak w Oświęcimiu , panie, palili, to to niedobry dym był. Zanieczyszczał środowisko. Teraz to nikt takiego pieca nie mógłby używać. Te nasze też w specjalnej technologii robią. Że można w środku miasta używać i dymek będzie taki malutki, jasny. Kiełbasa na grillu więcej dymu , panie, zrobi. Każdy ma tego raka. To widać po tej czarnej kulce. Wszystko się już spali ale ta kula czarna jeszcze zostaje. Wtedy widać gdzie była. Jedni mają w wątrobie, inni w żołądku, w kościach, płucach, mózgu. Jednych właśnie ten rak zje, inni zdążą umrzeć wcześniej na coś innego, stres, zawał, wylew. Ale raka ma w sobie każdy. Tylko nie każdy na niego umiera-
Wspomnienia mi się z tym rakiem skojarzyły. Ciężko usuwalne, wyniszczające, zbite w czarną kulkę.
Wielka niewiadoma losu. Zdecydowałem się spalić, nie wiem kim się urodzę.
Samolot kilka już godzin leci nad oceanem. Czyste, bezchmurne niebo. W dole blikuje pomarszczona woda. Mój syn śpi. Moja kobieta drży. Boi się latać. A ja boję się przyszłości.

Wtedy spacerowali brzegiem ciepłego morza i nie mieli jeszcze dziecka. Na wbitych w fale skarpach siedziało paru wędkarzy, wieczorny, chłodny wiatr przegonił turystów , czerwone , już zachodzące słońce barwi skórę tak mocno, że zdjęcia wychodzą nieładne. Oni nie robili wtedy zdjęć. To miała być pożegnalna podróż, tuż przed rozwodem, tak by nadpisać wspomnienia. Po co więc fotografie? Do podarcia? Do rzucenia w kąt szuflady i wyrzucenia gdy w ich życiu pojawi się już ktoś inny? Rzadko do siebie mówili. Coś ich jednak ciągnęło by ze sobą przebywać. Może by powiedzieć sobie coś co nigdy nie było wypowiedziane. A może by powiedzieć to jeszcze raz i uzyskać inną odpowiedź. Ona wchodzi w wodę, podciąga sukienkę nad kolana , rozszerza nogi i zaczyna siusiać. Patrzy mu w oczy, on zatrzymuje na brzegu i widok jej siusiającej do morza wydaje mu się nagle absurdalnie seksualny. Idą jeszcze kilka kroków i siadają na plaży. On bawi się okularami przeciwłonecznymi, patrzy przez nie w słońce.
- Ciekawe co kiedyś będzie - mówi ona.
- Nie wiem. Będziemy żyć, mieszkać , coś robić.
- Pomyślisz czasem gdzie ja jestem?
- Nie. Za jakiś czas będzie mi to obojętne.- mówi i czuje sam lekki fałsz w swoim głosie. Zawsze był dumny, że jest urodzonym kłamcą. Stawał w łazience , patrzył w lustro i mówił największe banialuki. Patrzył w oczy swojemu odbiciu w lustrze i próbując przekonać sam siebie mówił: - twoja matka nie żyje. wpadła pod tramwaj. to się zdarzyło godzinę temu. Nie, nie zdążył zahamować. - powieka mu nawet nie drżała. Podobał mu się sposób w jaki to wypowiadał. Spokojnie, szybciej, troszkę głośniej, robiąc przerwy , intonując wczuwał się w rolę policjanta, przechodnia , który znalazłszy przy ofierze dowód osobisty dzwoni pod znaleziony tam numer. Jakkolwiek sytuacja nie byłaby absurdalna to potrafił ją przedstawić w sposób wiarygodny swojej twarzy w lustrze. Tak, że widział u niej łzy napływające do oczu. Twarz wierzyła w to co wypowiada. Zdał sobie sprawę - jest urodzonym aktorem. - Pański ojciec nie żyje. Wracał pijany do domu , położył się spać w trawie i zagryzł go zbiegły komuś groźny pies. Nie, nie wiadomo czyj to pies. Amstaff, to wiemy. Na działkach mieszkał, ciągnał za sobą deskę na łańcuchu więc musiał rozwalić murek do którego był przykuty. - Odbicie w lustrze nie zadrżało. Żadnych emocji. Wtedy, wiele lat temu ojciec był mu obojętny. Obrzydzał go, nienawidził.

- Nie wierzę ci, powiedziała. - Po tym wszystkim ja już zawsze jakoś w tobie będę.
- Nie wiem, przekonamy się. - takie niedojrzałe mu się to wydało. Matka mu powiedziała kiedyś: - ona jest taka niedorosła.- To samo tylko kilka lat później powtórzyła mu ordynator szpitala psychiatrycznego, w którym musiał ją zamknąć na chwilę bo była tak przerażona, że nie mogła żyć. - Można z tym coś zrobić? - zapytał wtedy.
- Niech pan ją zostawi, idzie od niej - powiedziała w ciemności i kurzu swojego gabinetu.
- Ja nie chcę tak, pani doktor rozumie, to nie w porządku. Czułbym się jak ścierwo.
- Tylko dlatego? - zapytała mądrze.
- Nie, nie tylko.
- Acha, rozumiem - powiedziała. - Kocha ją pan?
- Chyba. Mogę tak powiedzieć. - nie wiedział wtedy na pewno. Takie bezpośrednie nazywanie tego uczucia jakoś go raziło.
- Pan coś opowie. O tym jej strachu.-
- Nie umiem. Ja o nim nie mam w sumie pojęcia. - odpowiedział zgodnie z prawdą. Bo nie wiedział o nim wiele. - Budzi się z krzykiem i zasypia. Nie chce umierać ale żyć też nie chce. I ostatnio leży skulona w bólu. Podstawiam jej miednice , żeby sikała.
- Sypiacie państwo ze sobą? - teraz był zły choć oczekiwał, że jako lekarz psychiatra podejmie ten temat. Zaczął odczuwać dyskomfort, wiercił się na krześle. Zawiał lekki wiatr, ruszył firankami. Ciepły , wiosenny dzień.
- Tak, ja się staram to podtrzymywać jakoś... - odpowiedział choć nie wiedział jak opisać to, że czeka aż ona zaśnie , rozszerza jej nogi , próbuje ją całować w usta, policzki, zamknięte powieki, przykłada ucho do jej szyi i słyszy głęboki, senny oddech, wchodzi w nią i rusza się powoli w przód i tył, delikatnie swoim ciałem wyczuwając każde drgnięcie jej mięśni, które mogłoby być sygnałem wybudzenia. I nie dyszy tylko płacze, głośno , absurdalnie głośno jak na tę sytuację ale wie, że dźwięków, głosów, rozmów, hałasu ona nie usłyszy, to jej nie budzi, budzi ją tylko strach, sen i jej własne ciało, które kurczy się z przerażenia a potem wydaje krzyk. - ... to było radosne wcześniej, mocne. Ten seks nas związał najpierw - dodał jakby się chciał z czegoś wytłumaczyć. Już go nie słuchała - państwo powinni mieć dziecko, to jest też wyjście jeśli pan nie chce...-
- Nie chcę - uciął.
- Dobrze.- potrzymam ją na obserwacji i oddam panu za tydzień , dwa. Mamy tu drzewa, ciszę. To jej nie zaszkodzi. Alkoholicy leżą w innym sektorze, pan tam jej nie prowadzi podczas odwiedzin, krzyki są.-
Już wychodził z gabinetu ale odwrócił się w drzwiach i zapytał:
- Pani doktor? -
- Tak?-
- Ten strach... Jaki on jest, przed czym?
- Wie pan, że nic się nigdy nie ułoży.

_____________________________________________________cdn____





Link 18.05.2007 :: 18:38 Komentuj (2)
Bez inicjacji , cz.2
__________________
Przed tym, że dzieje się niedobrze, nie da się uciec. Można próbować ale prędzej czy póżniej znalezienie rozwiązania jest zbyt trudne, wyrasta mur.
Pawilon dla alkoholików był długi, niski, piętrowy zaledwie. Okna zakratowane. Skaczą, pomyślał. Przed oczami zamigotały mu sceny ze starego filmu dokumentalnego o alkoholikach. Łóżka, pościel, facet krzyczy. Potem ktoś mu opowiedział, że ekipa weszła z kamerą na oddział, lekarze wskazali faceta, który jeszcze leżał przypięty skórzanymi pasami do łóżka bo niedawno miał atak, reżyser pożyczył od pielęgniarki szminkę i napisał na białym prześcieradle słowo “ Delirium”. Puknęli gościa pod żebro, włączyli kamerę a reżyser rozwinął to prześcieradło. Gość zobaczył tę białą płachtę, przeczytał nabazgrane słowo i oczy mu wyszły z przerażenia. Rzucał się w pasach, kręcił głową i wrzeszczał. Kamera terkotała. Pielęgniarki chichotały a gdyby któryś filmowiec zechciał to oddałyby się chętnie. Przecież dziewczyny lubią artystów. Kiedyś lgnęły do cyganów, cyrkowców, potem do artystów, teraz kultura trochę inna to kleją się po prostu do bogatych, profesja nieważna.

Prawo unijne miał z facetem, który kiedyś był kierownikiem produkcji filmowej i w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych mnóstwo filmów zrobił i zawsze tamte czasy wspominał z nutką rozrzewnienia. Ekipa depeszowała do sołtysa, przyjeżdżała i wszystko już czekało. Świniaki ubite, kury już bez łbów i pierza, prosto na rożen lub do rosołu. Czym wieś bogata tym rada. Jajka, jabłka, marchewki, ziemniaczki. Duszone z właśnie ukręconym masełkiem. I dziewczyny uśmiechnięte, z różowiótką skórą i pachnącymi, mytymi w deszczówce włosami. Bo sołtys wcześniej chodził po domach , szkołach i zebraniach młodzieży i pytał, która wolna i bez męża i czy chce do filmowców. Zgłaszały się podobno wszystkie. A produkcja filmu brała auto z wytwórni, kilometraż i paliwo nielimitowane, kierowca zawsze gotowy na nadgodziny, i jechała w osobie kierownika i sekretarza produkcji na , jak to wpisywano w budżet , dokumentację, i wraz z sołtysem wybierała ze zgromadzonych kandydatek te najładniejsze, z nogami aż po galaktykę, z ustami różowiutkimi i całuśnymi by filmowcy, często informując i instruując dziewczyny słyszące po raz pierwszy o technice i sposobach, mogli włożyć w nie swoje nabrzmiałe kutasy. To było życie, rozmarzał się wykładowca, był już stary, garbaty , zawsze w marynarce cuchnącej naftaliną. Mieszkanie służbowe w Warszawie, póżniej z całym AGD, w miarę jak to wszystko do Polski wchodziło, Franie nie Franie (pamiętacie jeszcze pralki Franie? Pamiętamy!), potem Polary, talony na samochody, których nikt nie realizował bo auto służbowe zawsze czekało i można było jechać do Polski albo gdy koprodukcję się robiło, do Czech i NRD. No potem już Łady się musiało kupić bo sekretarz POP wzywał i tłumaczył, że radzieckich aut to już tak nie wypada odmawiać, jeszcze w Warszawie gdzie bezpośrednio i z importu przyszły więc na łapy ludziom patrzą, kto bierze i z jakiego zakładu. No w terenie, wie pan, skręcał się sekretarz, to jeszcze by się rozeszły bo tam braki, zawsze z urzędu wojewody wezmą albo się przetrzyma i rozda talony na pierwszego maja robotnikom, ale tutaj, Panie, to trzeba brać jak specjalnie dla filmowców przysłali. No to żeśmy, ciągnął profesor, pobrali te Łady, postawili na terenie i stały, stały i posprzedawało się je od razu po osiemdziesiątym dziewiątym Ruskom co to na handel do Polski zaczęli przyjeżdżać. Dziesiątki Rosjan stało na drodze , która do auto-giełdy prowadziła i jak tylko z daleka widzieli , że Łada jedzie to machali rękami i zatrzymywali, często w dłoniach zwitek banknotów trzymali, że gotówkę mają i płacą od razu, bez negocjacji. Łady miały zamiast pasków rozrządu łańcuchy i były nie do zajeżdżenia, mogła być pordzewiała, w środku przetarta ale te silniki to wytrzymywały chrzczoną, komunistyczną benzynę i wielokrotne jazdy do Rosji i z powrotem.
Nie do zajeżdżenia były też Volvo, wszystkie jeszcze szwedzkie. Jechał takim Volvo z reżyserem, który właśnie robił serial dokumentalny o alkoholikach i którego pytał o ten pawilon, niski i zakratowany.
- Teraz tam taki Jurek jest - zaczyna opowiadać reżyser. - Jurek nie pił już 3 lata. W parafialne kółko dla byłych alkoholików się zaangażował. Na wywiadówki regularnie zaczął chodzić, do zakładu się nie spóźnił ani razu bo go warunkowo ( spawaczem jest) z powrotem przyjęli. No to trzy lata bez zaspania, nieobecności, urlop tylko raz wziął i kafelki w łazience położył bo dzieciaki na koloniach wtedy były. W sobotę mieszkanie odkurzał i żonie zakupy pomagał robić. On mnie po pijących kumplach zaczął oprowadzać. Do filmu ich zachęcać, żebym ja o nich robił a oni się w tym przejrzą potem, jak w lustrze i może jak się w tych żygach, spelunach i gównie zobaczą to do żon wrócą, do dzieci, do życia. Do Mariana co z gołębiami mieszka na strychu tośmy się włamywali bo jak wołaliśmy go z dołu to nie odpowiadał. Jurek go wołał: “Marian, Marian”, ja wycelowałem kamerę w ten strych, włączyłem, kręcę i czekam. “Mariaaan, Maaarian!”. W końcu po kilkunastu minutach odkrzyknął: “czego chcesz? spierdalaj”. No to dalej jakoś poszło, weszliśmy na górę, daliśmy mu papierosa, spojrzał na nas, zapalił i tak siedział zarośnięty, brudny i patrzył nam w oczy. “No czego mnie dręczyć chcesz, Juruś”, zapytał. Cały strych w pierzu i gołębim gównie. “One po mnie chodzą rano” - zaczyna mówić Marian i płacze. “Moje ptaszki, moje”. I, rozumiesz, ryczy. No ale kiedyś żona Jurka do mnie dzwoni i mówi, że na bierzmowanie syna już mają iść a od wczoraj Jurka nie ma. Wziąłem kamerę, wsiadłem do samochodu i jeżdżę po tych wszystkich melinach co to tych bohaterów tam miałem. W końcu deszcz zaczął padać, ja już wpadam w panikę bo się dziesiąta rano robi a to bierzmowanie już zaraz , zaraz ma być. Stary pawilon za miastem już mi się przypomniał. Jadę tam. Otwarty. Czuję już. Wysiadam, włączam kamerę i biegnę w łąkę. Leżał, wstaje , klęka i ryczy. No płacze i do mnie woła: - “Adaaam. Adam. Jesteś, wreszcie.”. Staje nad nim, on obejmuje moje kolana i mówi niewyraźnie, przez te łzy” Adaaam, kurwa, pomóż, co ja narobiłem? Adam, pomóż....” Wstań, poczekaj, kamerę wyłączę, mówię. “Nie, nie wyłączaj, kurwa, Adam, nie wyłączaj, niech zobaczą, że tego kurwa nie można wytrzymać. Tego , kurwa, jak trzeźwy jesteś i wszystko ci się pierdoli....” Wstał , objął mnie i płacze mi w ramię. Garnitur ma brudny, zatłuczony trawą, pomięty. Tego dnia obudził się wcześnie, ubrał , usiadł w tym swoim odświętnym ubraniu na kanapie, rozejrzał dookoła i powiedział “ o, ja pierdolę”. Wstał i w długą poszedł, najpierw autobusem , potem pieszo, do tego sklepu za miasto, żeby nikt go nie widział. Trochę wypił zanim ja przyjechałem i go znalazłem. Zabrałem go do domu , wykąpał się , kawy z cytryną napił. Ten swój garnitur do mojej pralki wrzucił, ja mu dałem jakiś przymały swój, ja wysoki jestem, wyższy od niego więc jemu się dłonie całe w rękawach mieściły a nogawki to sobie przydeptał kilka
 razy jak tych parę metrów do kościoła szedł.“ Reżyser pomilczał chwilę zanim zaczął kontynuować: “Stał na tym bierzmowaniu, ukradkiem łzy wycierał. Potem przytulił syna, długo go tulił , powiedział by z matką do domu wracał, a on zaraz przyjdzie i obiad razem wszyscy zjedzą i gdy szli chodnikiem do domu to odwrócił się ,  poszedł na tramwaj i za miasto pojechał, do tego sklepu po wódkę i na łąkę usiąść i wypić...Oni tam wszyscy lubią pić.” I dodał jeszcze: ” Ten garnitur, który Jurkowi pożyczyłem i tak był na mnie za mały”.

___________________________________________________________cdn____________









pisz do grafomana mail