grafomania
at ownlog '06
Link 06.07.2005 :: 23:18 Komentuj (5)
No dobra. Grafoman nie kontynuuje, Grafoman nie ma weny. Ale Grafoman ma na swoim dysku różne starocie,wziął jedną z nich, podzielił na odcinki i raz na jakiś czas umieści jeden. Więc jedziemy:


Aż po sam Gibraltar, odc 1:
____________________________

Gdybyś się urodził to bym się bała. Chwili , w której zaczniesz pytać. Nie wiedziałabym jak ci odpowiadać. Bałabym się, że zacznę płakać. Że będę taka szczęśliwa, że jesteś obok, że patrzysz na mnie, że zadzierasz wysoko głowę by spojrzeć mi w oczy, że ufasz, że dla ciebie jestem światem, całą i jedyną naj, że czekasz aż coś powiem... Musiałabym ci opowiadać, że słońce jest żółte i piękne i że to co słyszysz to gwar a gwar jest wtedy gdy ludzie żyją, mówią do siebie, śmieją się i są... Ja nie umiem mówić o pięknie... ja go nie rozumiem . Ja okna zasłaniam , kwiaty wyniosłam na śmietnik, gwar mnie wkurwia, zamykam drzwi, okna uszczelniłam, żeby tego gwaru tylko nie słyszeć... Na kogo byś wyrósł gdybym ci tak sączyła obrzydzenie w uszy?... Tak jest lepiej gdy cię nie ma. Lepiej, lepiej.

Tak... nie... wszystko w porządku... nie. Normalnie a jak mam się czuć? ... Nie... Później... tak...cześć... tak, może być do jutra.
Po co dzwonisz?
Co chcesz mi powiedzieć?
Tak. Wiem, że to moja wina.
Tak, wiem, że gdyby nie ja to nie miałabyś tylu problemów.
Tak. Wiem, że już po wszystkim.
Tak. Wiem, że nie muszę się już denerwować.
Tak. Wiem, że ty też nie możesz jeszcze być spokojna.
Tak. Tak. Tak.
Tak, mamo.
Nie, mamo.
Masz rację, mamo.
Nie, nie obwiniam cię.
Tak. Jesteś dobra, że się troszczysz.
Tak. Nie poradzę sobię jeśli cię już nie będzie.
Nie, nie wyobrażam sobie co będzie jeśli umrzesz.
Tak. Będzie mi ciebie brakowało.
Tak, nie dam sobie rady.
Mamo...Ale mamo... Ale posłuchaj... Mamo! Nie krzycz... Mamo, posłu... posłuchaj!
Mamo... Posłuchaj... Już? Już dobrze? Dobrze... Posłuchaj. Dzisiaj to mnie jest źle, dobrze? Daj mi chwilę popłakać...

Widzę cię, mamo...patrzę w lustro i cię widzę. Nos, uszy, brwi, szerokie biodra, grymasy. Cała ty. Żebym się inaczej uczesała, pomalowała, ubrała zawsze cię zobaczę. Gdzieś w tle mojej twarzy. Jak szkic, na którym ktoś mnie wymalował. Nigdy nie powiem, że jestem podobna do ciebie. Gdy pytają, wykapany ojciec, jak dwie krople wody, taka jestem podobna , mówię.
Ty. Matka. Mama. Mamusia. Skrobanka, dziecko, skrobanka. Ja. Pięćdziesiąt procent szans. Zawsze mi to wypomina. Że nie powinno mnie w ogóle być. Że powinnam jej zapłacić, że jestem. Pieniądze.Chce miesięczną pensję za życie. Dożywotnią codzienną paczkę papierosów. Obiad ciepły. Mięsny. Pokrycie komornego, rachunków za prąd, gaz, telefon, kablówkę w szerokim pakiecie kanałów. Wspólne pół godziny dziennie przy kawie na obejrzenie seriali w telewizji. No i oczywiście ta comiesięczna pensja w gotówce. Za te 9 miesięcy złości na to , że ciężki brzuch. Że przytyła od pączków i wołowiny. Że ją wściekłość wypalała od środka na decyzję, żeby mnie w ogóle donosić i urodzić. Za to spocone przepchnięcie mnie przez waginę. Żebyś miała inaczej niż ja, żeby ci się życie udało... Cieszyłam się , że mnie głaszcze po głowie, przytula, krótko, minutę , dwie, czułam jak jej włosy dotykają mi policzków, pamiętam dzisiaj zapach taniego szamponu, taką króciutką chwilę to trwało, wypłakała parę łez, znowu ciągnęła mnie za rękę , powinnam cię była wyskrobać, wyskrobać i zapomnieć, też sobie wymyśliłam, pokocham je i wychowam...
Nie, mamo, naprawdę nic nie potrzebuję.
Nie, nie chcę pieniędzy.
Nie, naprawdę, mam.
Ale mnie wystarczy, mamo.
Nie, to nie jest mało.
Naprawdę nie chcę.
Nie, mamo, nie chcę sukienki.
Nie, mamo, nie kupuj mi sukienki.
Mamo, po co kupowałaś tę sukienkę.
Mamo, mówiłam ci, że nie chcę tej sukienki.
Mamo, nie przysyłaj mi jej.
Mamo, to daj ją komuś.
Dobrze, mamo, przyślij ją.
Dobrze, to dam ją komuś.
Dobrze, to już nic więcej mi nie kupuj.
Mamo. Ale czasem mi się podobają.
Dobrze, nie jest taka zła.
Dobrze, przyda się.
Tak, nie dam jej.
Tak, wiem, dużo kosztowała.
Mamo, brzuch mnie boli, boję się.
Mamo, nic mi nie będzie?
Nie będzie komplikacji?
Dobrze, mamo, założę.
Tak, masz rację, do twarzy mi w niebieskim.
Tak, nie przyjrzałam się.
Dobrze, mamo, cieszę się , że ją przyślesz.
Tak, mamo, potrzebowałam taką sukienkę.
Tak, mamo, dziękuję.
Mamo?
Nie, nie martwię się.
Nie wymyślam.
Tak, mamo, masz rację.
To nic. Tak.
Nie, nie boli.
Mamo, a jak on mnie zahaczył?
Tam w środku?
No, normalnie, zahaczył. Narzędziem.
Nie, nie boli mnie, mamo.
Nie, mamo, nie przytyłam. Schudłam.
Nie, nie będzie mi widać brzucha, nie szkodzi, że jest obcisła.
Fajnie, że jest obcisła.
Podoba mi się, że jest obcisła.
Tak, mam normalny brzuch.
Tak, mamo, wiem , że ładny.
Tak. Po tobie.
Cieszę się , że po tobie.
Tak, pa.
Tak, nie będę płakać.
Tak, nie będę się martwić.
Nie, nie będzie mnie boleć.
Nie, nie będę myśleć.
Dobrze mamo, nie będę.
Tak, dam listonoszowi napiwek, przecież wiem.
Pa.
Papa.
Nie, nie mogę ci mówić, że dobrze, że cię nie ma. Chcę, żebyś wiedział, że mówiłabym do ciebie. Pokazywałabym ci gatunki drzew, kwiatów, ptaków i kupowała śmietanę w kubku , żebyś mógł się cały nią ubrudzić. Dzieci nie lubią mleka, ja nie lubiłam. Za to śmietanę tak. Zawsze chciałam śmietanę zamiast gorącego mleka, od którego wymiotować mi się chciało. W szkole uciekałam gdy była przerwa na mleko, w domu nie mogłam uciec bo mama wpychała mi łyżeczkę do ust a gdy nie chciałam połknąć to tarmosiła za włosy... Tak, twoja babcia. Nie, nikomu tego wcześniej nie mówiłam, po co...

Link 08.07.2005 :: 08:33 Komentuj (1)
Aż po sam Gibraltar, odc.2:
___________________________

Nie umiałam nic powiedzieć. Czułam, że się wstydzisz. Mnie, mojej nagości i swojej, tej chwili, która jest taka chłodna, milcząca i cicha a myślałam, że będzie ciepła, wypełniona naszymi oddechami, pod wilgotną kołdrą będzie ciepło i zapach naszych rozgrzanych ciał, będziemy się kochać bo wreszcie chcę cię kochać, chcę poczuć się twoją tak do końca, kobietą, którą naznaczysz, kobietą, którą wypełnisz, kobietą, którą posiądziesz, poczuć sobą, która ci się odda, sobą, która będzie twoją, chcę być twoją...
Patrzyłam ci w oczy i nie mogłam odgadnąć dlaczego masz w nich smutek , smutek i stanowczość , zabójczą mieszankę. Głaskałeś mnie po włosach, szyi, brwiach. Całowałam cię po nosie, ustach, brodzie ale gdy tylko zeszłam niżej lekko ciągnąłeś mnie za włosy i mówiłeś: nie, nie, nie, proszę, jeszcze nie teraz, uwierz mi, będzie wszystko inaczej. Co będzie inaczej, spytałam, zmienimy się ? Ciała nam się zmienią? Ja chcę poznać twoje ciało, poddać mu się , chcesz, zapytałeś, naprawdę chcesz? Nie będziesz mieć żalu, że jest inaczej? Co ma być inaczej? Inaczej niż myślisz, niż sobie wyobrażasz... Ja nic sobie nie wyobrażam, po prostu cię pragnę. Ciebie i tej chwili...Zaczęłam cię kochać , powoli, nieśmiało, niewinnie, wstydliwie tak. Jakbym chciała, żebyś pomyślał, że to przypadek, że tak mimochodem się stało, leżeliśmy w łóżku i już tak po prostu...kochaliśmy się, i byłeś stanowczy, smutny i delikatny, wiedziałam, zobaczyłam to kiedyś przecież. Jak można żyć godząc to ze sobą, myślałam wtedy, mylę się, myślałam też, skąd mogę wiedzieć co mówią oczy kiedy jeszcze nie są dość blisko, kiedy nie przeszywają, kiedy nie pragną, kiedy nie rozkazują, kiedy nie proszą...Odległy byłeś, milczący a ja już wiedziałam, że pokażę ci swoje ciało choć nie lubię moich bladych nóg, niezgrabnych, za małych ramion i tych setek małych niedoskonałości, które spowodują, że gdy już stanę przed tobą naga to ukryję piersi w dłoniach, twarz schowam za włosami i poczuję, że patrzysz i że gęsią skórkę mam od szyi do stóp i palę się ze wstydu więc wślizgnę się szybko pod twoją kołdrę bo nie zniosę tego ciekawego spojrzenia, nie wytrzymam tego, że porównujesz mnie pewnie do różnych kobiet , które w życiu widziałeś i do tych milionów różnych niedociągnięć , które odróżniają jedną od drugiej,do niedoskonałości, które każdą z nich czynią wyjątkową. Dopiero po chwili gdy oddechy się uspokoiły poczułam ciepłą , gęstą wilgoć na udach. Lepką. Wstałam i czułam, że ta ciepła lepkość spływa mi w dół, szybko wyśliznęłam się z łóżka, poczekaj, zaraz przyjdę powiedziałam, spływało mi coraz niżej i niżej, więc to tak czuć , pomyślałam, lepko, ciepło i już, stało się coś, zapytałeś, nie umiałam nic ci odpowiedzieć bo przecież nigdy nie zrozumiesz co się wtedy czuje, kocham cię wyszeptałam i było ciemno więc nie zauważyłeś pewnie, że śmieję się i mam łzy w oczach, łzy szczęścia i smutku, że to już, że to tylko chwilę trwało i nigdy już przez życie całe się nie powtórzy i zamknęłam drzwi od pokoju i targnął mną spazm bo zrozumiałam dlaczego nie chciałeś tej chwili i zabolało mnie tak strasznie mocno, że miałeś rację, jest inaczej bo to już jest za nami, nie przed nami, oślepiła mnie żarówka w toalecie i zobaczyłam w lustrze swoje rozmazane, zaczerwienione oczy, czarną kredkę spływającą po policzku i zasmucił mnie szorstki dźwięk chusteczki, którą z krocza zbierałam wilgoć, spermę i krew. Zmięłam tą chusteczkę i nie wyrzuciłam jej. Przyszłam do ciebie szybko, znów wśliznęłam się pod kołdrę i przytuliłam do włosów na twojej piersi. Dotknąłeś moich mokrych ud. Przepraszam, powiedziałeś. Nagle , ciemności pomimo zobaczyłam , że nie masz co zrobić ze sobą, z ciałem, z dłońmi, z oczami, smutno ci było, wstyd i przykro, nie wiem dlaczego ale to właśnie ujrzałam.I już zupełnie nie wiedziałam jak ci mam powiedzieć to co chciałam ci powiedzieć a nie miałam do tej pory ani wstydu ani odwagi. Dziękuję ci za, pomyślałam ,że było cudownie, powiedziałam, było pięknie, ty powiedziałeś, pięknie ale smutno. Tak, myślałam, było smutno bo cieszyłam się z tego tylko ja a mieliśmy przeżyć tę radość wspólnie. Cieszyłam się z mojej małej tajemnicy, ściskałam tę brudną naszymi płynami chusteczkę i nie wiedziałam czy wyszeptać ci do ucha, czy napisać na kartce czy rozwinąć i zostawić obok łóżka w nadziei, że ją znajdziesz i obejrzysz i domyślisz się, że moją tajemnicą było tych kilkanaście czerwonych kropel, uśmiechnęłam się. Rozwinę i zostawię. Obejrzysz rano, pewnie słońce wstanie, zawsze od tego pokoju słońce zaczyna dzień. Domyślisz się. Przecież się nie myliłam co do ciebie, będziesz wiedział, ty będziesz. Ty. Mój ty.

Tak mamo, kocham go.
Tak. On kocha mnie.
Widzisz. Można mnie kochać.
Dlaczego tak mówisz?
Dlaczego dziwne?
Nie. Nic ode mnie nie chce.
Ja? Ja od niego nic nie chcę.
Jak to dlaczego to robię?
Dlaczego tobie to robię?
Jak to dlaczego ci to robię?
Ale nic ci nie robimy.
Ale on mnie nie skrzywdzi.
Jak to skąd wiem. Kocham go.
Nie. Nie ma mieszkania.
Nie. Nie ma pieniędzy.
Nie. Jego rodzice też nie mają pieniędzy.
Jak to po co mi on?
Kocham go.
Ale ja nie chcę nic od ciebie.
Nie. Ani grosza.
Dam sobie radę, mamo.
Tak. Wiem, że się zmieniłam.
Tak. Od lat mi to mówisz.
Tak. Jestem głupia.
Nieodpowiedzialna.
Tak.
Zakochałam się.
Nie. Nie przejdzie mi.
Tak. To jest dla mnie istotne.
Będzie istotne.
Nie przejdzie mi.
Nie.
Nie będę żałować.

Link 11.07.2005 :: 01:26 Komentuj (1)
Aż po sam Gibraltar, odc 3:
___________________________

I będę patrzeć na ciebie rano i będę wchodzić do ciebie do wanny i będę cię strzyc i podpisywać twoim nazwiskiem i będę kochać twoje włosy na brzuchu i będę spać pod twoją kołdrą gdy wyjedziesz na noc i będę kraść ci podkoszulki i będę wdychać zapach twoich rzeczy gdy będę je zbierać do prania i będę pieścić ustami twoje usta i uszy i język i żołądź i uda i brzuch i pośladki i będę wkładać ci zimne stopy pod kołdrę i rano szukać twojego członka i będę wdychać powietrze , które wydychasz i będę kupować ci swetry na zimę i pilnować żebyś zakładał szalik i będę robić ci kawę każdego poranka kiedy wstaniesz i wejdziesz zaspany do kuchni to będzie na ciebie czekać gorąca i mocna, z łyżeczką cukru jak lubisz i będziesz miał do niej zawsze w lodówce mleko bo będę chodzić specjalnie i kupować i będę na ciebie patrzeć bo miłość to patrzenie gdy śpisz chodzisz ubierasz się sikasz podcierasz się jesteś chory i spocony i masz gorączkę albo jej nie masz gdy wchodzisz we mnie i pchasz mocno gdy kochasz się ze złościa albo za delikatnie gdy właśnie czujesz taką wszechogarniającą zatykającą duszącą miłość że prawie w ogóle nie czuję że jesteś we mnie bo jesteś taki delikatny że lewitujesz z nosem w moich włosach z koniuszkiem mojego ucha w ustach i ssiesz i liżesz i szepczesz i drżysz i ja drżę bo nikt mnie nigdy tak mocno nikt mnie wcześniej tak i nikt inny już nie będzie i będę zazdrosna i będę pytać kto dzwoni i po co to zazdrość następne stadium po miłości i będę płakać ze złości że któraś kiedyś wcześniej to co ja i dam ci dziecko którego żadna nigdy wcześniej ci nie dała bo nie pomyślała nawet bo żadna nigdy nie aż tak i słuchać jak mówisz:
będę cierpliwy pokorny i będę się złościł gdy będziesz na mnie patrzeć rano i będę odpychać twoje stopy spod kołdry i będę mówił jak bardzo podobają mi się sweterki które mi kupisz choć w ogóle mi się nie podobają sweterki ale podoba mi się jak głaszczesz mnie po brzuchu gdy któryś zakładam i przytulasz głowę do piersi i czuję zapach twoich włosów ten sam który zostawiłaś ma poduszce gdy pierwszy raz siedziałaś u mnie wieczorem i zapomniałaś wrócić do domu i późno się zrobiło i już nie miałaś jak dotrzeć do siebie i dałem ci kołdrę i swoją starą, dziurawą poduszkę i głupio mi było bo do tej pory mieszkałem bardzo sam tak bardzo sam, że aż tego nie zauważyłem i będzie mnie cieszyć twoja sukienka zostawiona na moim krześle i...
nie wierzę w to co mówisz ale to piękne, powiedziałam , nikt tak do mnie mówił wcześniej i śmialiśmy się , że to takie dziecinno romantyczne to co mówimy i zepsułeś mi humor wtedy bo powiedziałeś, zobaczymy za parę lat co będziemy mówić i czy to będziemy pamiętać, przestań, powiedziałam, przestań, zamilkłam, ty zamilkłeś i leżeliśmy tak i smutno mi było, że nie wierzysz, że w jednym momencie zabiłeś moją wiarę, że to już teraz nie będzie szczera wiara tylko wyścig z czasem gdzieś w głebi serca , żeby ci pokazać, że to nieprawda co mówisz, że mylisz się bardzo...
W maturalnych szpilkach do ślubu poszłam.
Resztką kredki oczy pomalowałam.
Ty masłem nabłyszczałeś buty.
Nie zadrżała ci ręka gdy składałeś podpis.
Mnie zadrżała.
Krawata nie miałeś.
Ja pończoch.
Nie skusiłeś tekstu przysięgi.
Ja tak.
Pocałowałeś mnie z języczkiem.
Ja ciebie bez.
Nie brałeś tego poważnie.
Ja też.

Link 14.07.2005 :: 08:00 Komentuj (0)
Aż po sam Gibraltar, odc 4:
______________________________

Po co dzwonisz, mamo?
Przecież jestem wyrodną córką.
Wiem, że twoją.
Więc kochasz mnie?
...
Nie wiem co mam powiedzieć.
Dlatego nic nie mówię.
Boję się gdy tak mówisz.
Że jutro będziesz inna.
Że jutro będę znowu wyrodna.
Czasem?
Nie. Nie jestem wyrodna. Przykro mi.
Tyle razy a zawsze mi przykro.
Przestań już , mamo.
Mamo.
Mamo, przestań, znowu będzie nie tak.
Już jest znowu tak. Nie tak.
Kłócimy się.
Będę płakać.
Staram się.
Chcę umieć z tobą rozmawiać.
Tak, musimy rozmawiać.
Tak.Jak matka z córką.
Prawdziwa matka i prawdziwa córka.
Tak. Jesteśmy jedne.
Tak. Musimy razem.
Wiem, że nie miałaś miłości.
Wiem, że nikt cię nie kochał.
Wiem, że się starałaś mnie kochać.
Wiem, że trudno jest kochać.
Wiem, bardzo trudno.
Wiem, zwłaszcza wtedy było.
Wiem, wtedy też było trudno.
Wtedy też.
I wtedy.
Pamiętałaś. O. Ja zapomniałam. Tak. Kochana byłaś.
Wiem, niełatwo.
Tak, to cud, że mnie urodziłaś.
Tak, byłaś młodsza.
Wiem, miałaś więcej czasu na pomyłki.
Tak, to inna sytuacja.
Wiem, miał pieniądze.
Wiem, ja już byłam duża.
Wiem, że byłam.
Wiem, to był problem.
Wiem. To cud, że chciał.
Wiem, że walczyłaś.
Wiem, że się uparłaś.
Wiem, że mógł mieć każdą.
Wiem, że zwłaszcza gdy się ma pieniądze.
Wiem, że miał.
Wiem, że dużo.
Wiem, że nie to, że sobie przyszedł i cię wziął.
Wiem, że nie ot, tak.
Nie. Nie za darmo.
Wiem, że nic z tego w sumie nie miałaś.
Wiem, mamo.
Wiem, że powinnam o tym pomyśleć.
Tak, też powinnam o tobie pomyśleć.
Wiem , coś ci się ode mnie należy.
Wiem, że to dla mnie.
Wiem, że dla mnie to było.
Tak, nie po to, żeby nic na stare lata nie mieć.
Wiem, nie żeby teraz dawać.
Wiem, trzeba umieć do czegoś dojść.
Nie, już nie mogę, znowu jest tak.
Jak miało nie być.
Czyli nie tak.
Będę płakać mamo,
znowu.
Nie, obchodzą mnie twoje łzy.
Ja też płaczę mamo.
Mam powód.
Nie, ty nie masz powodu.
Dobrze,masz, bo znowu już zupełnie będzie nie tak
Już jest.
Już jest, kurwa mamo, znowu do dupy.
Pa, mamo.
Już cicho, mamo.
Już pa.

Podobno mnie malowałeś przedtem, to zawsze miałaś być ty, powta­rzałeś, ale skąd wiedziałeś jak wyglądam, pytałam, widziałem cię , a może nie widziałem, po prostu wiedziałem, ale skąd, nie dawałam za wygraną, stąd, odpowiadałeś i pokazywałeś palcem głowę. To znaczy może tu siedziałaś a może tu, przesuwałeś palec nad głową i albo wskazywałeś jej czubek albo tył albo czoło, nie wiem, nie umiem powiedzieć gdzie to się urodziło ale na pewno umiem po­wiedzieć, że tu zamieszkało i nadal jest, żyje jak miejsce jakieś, punkt, o którym wiadomo,że na pewno istnieje choćby mapa była w dużej skali, mało dokładna i tolerancyjna dla cichych, dobrych i pięknych zakątków, w których ludzie żyją, umierają, do których zawsze chcą wracać przyciągani magiczną siłą piękna i sentymentu a na tej małej mapie nic, brak punktów, tylko takie duże , śmierdzące miasta. Jesteś moim cichym zakątkiem, powiedziałeś, choć nie ma cię na mapie świata ja wiem, że jesteś, jeszcze nie wiem czy jesteś łąką, lasem, rzeką czy jeziorem. Górą czy dolinką. Ale już wiem, że przyciągasz mnie, wołasz bym się zbliżył, bym cię odnalazł, oznaczył na swojej mapie, moja ty biała plamo, choć istniejący to niepoznany pępku świata, uwodzisz mnie bym cię poznał, zdefiniował, odkrył, nadał ci nazwę. W końcu wyciągnąłeś swoje stare rysunki i pokazałeś mi je. Byłam w twoich szkolnych zeszytach, kratkowanych i w paski, szkicowana cieknącym długopisem, miękkim ołówkiem rozcieranym przez ciebie opuszkiem palca, flamastrem, kolorową kredką. Na marginesie, pod zadaniem domowym, w miejsce równania, którego nie umiałeś rozwiązać obok lekcja, temat, w miejsce daty, na zagiętym narożniku kartki, na tylnej okładce. W zeszycie do religii, w bloku rysunkowym, w języku polskim, biologii i chemii. Pod mitochondrium, całkami, kinetyką i budową akumulatora. To moje włosy, długość , którą miałam gdy cię poznałam. To moje usta, nawet gdy kolorowałeś kasztanową kredką to znalazłeś odcień , którego używałam jeszcze zanim cię poznałam i właśnie wtedy gdy ujrzałam cię pierwszy raz. To były moje sukienki, ten fason, kolor, prostota. Jakbyś mnie widział. Inną mnie rysowałeś w pierwszej klasie liceum, inną w drugiej, jeszcze inną przed maturą. Zmieniałeś fryzury, kolory bluzeczek, ust, podkolanówek. Jakbyś mnie widział, obserwował z ukrycia zauważając każdy niuans mojego rozwoju, dorastania, zmian nastroju, oswajania rozkwitającej nastoletniej urody, nie mogłam uwierzyć, że nie mieszkałeś gdzieś blisko mnie, przeszłam nawet stare kamienice w mojej okolicy, wszystkie na linii dom - szkoła, myśląc, że znajdę tam twoje nazwisko na starych domofonach, w pożółkłych spisach lokatorów. Na poczcie przejrzałam kolejne roczniki książek telefonicznych, nie, nie było cię, nie mogłeś mnie widzieć , faktycznie nigdzie obok nie mieszkałeś, nie znałeś mnie wcześniej, nie widziałeś a jednak wyczułeś kim jestem i jak wyglądam, musiałam ci uwierzyć, że jednak wzięłam się skądś w twojej głowie i zamieszkałam tam, bez twojego pozwolenia, wypełniłam twoje myśli, twoje sny erotyczne, marginesy twoich zeszytów, stałam się odległym, niewiadomym porównaniem do którego odnosiłeś wszystkie nowo poznane koleżanki i weryfikowałeś kształt ich ust, odcienie ich włosów, długości i barwy sukienek by wszystkie je po kolei odrzucać lub dawać się czasem nabrać na tymczasowe podobieństwa, złudne identyczności nie wszystkich szczegółów, by po krótszym lub dłuższym czasie poznać, że to ułuda, że to nie Całość, że częściowość jest męcząca bo nawet gdy czasem jeden element ci się zgodził to fakt niezgodności pozostałych fragmentów tylko cię rozdrażniał, poróżniał twoje pożądanie z twoim sumieniem bo wypełniałeś spermą chwilowe koleżanki za owo częściowe podobieństwo a twoje ja, twoja głowa, marginesy twoich szkolnych zeszytów domagały się Całości, nieznośnego , dawno sprecyzowanego marzenia, pełnego dostosowania żywego ciała do wręcz holograficznego wzorca zamieszkałego w nieokreślonym miejscu twojej głowy. Uwierzyłam ci. Tak. To ja. Rysowałeś mnie. Mnie.

Mamo, jestem w ciąży.

Link 16.07.2005 :: 12:43 Komentuj (0)
Aż po sam Gibraltar, odc.5:
______________________________

Nie, nic nie mów.
Nie, nie płaczę, zdaje ci się.
Bo nie wiem co jeszcze mówić.
Tak, cieszę się.
To takie dziwne uczucie, szczęście.
Bo wiem, że wszystko jest nie tak.
Wiem, mamo, że źle się stało.
Ja też nie wiem co teraz będzie.
Wiem, że nie mamy pieniędzy..
Tak, studia najpierw.
Nie, studia to nie był głupi pomysł.
Nie wracajmy do tego znowu.
Jak to co teraz będzie? Nie wiem.
Co potem?
Też nie wiem.
Nie możemy pracować i studiować jednocześnie.
Nie, nie mamy czasu.
Jak to co robimy? Jakie to ma znaczenie?
Wiem, że nie chcesz tego dziecka, spodziewałam się.
Dobrze, chcesz ale nie teraz.
Przecież to jest duże mieszkanie, znalazłoby się trochę miejsca.
Dlaczego tak mówisz?
Nieodpowiedzialna? Co to ma teraz do rzeczy?
A może chciałam mieć? Może on też chciał?
Jak to nie rozumiesz jak można chcieć mieć dziecko?
Acha, teraz chcieć... A co jest złego w teraz?
Aaa, nie mamy pieniędzy, a potrafisz znaleźć inny argument?
Ten jest najważniejszy. A inne argumenty masz?
Przecież jest mi dobrze.
Acha, dzięki tobie.
Wszystko dzięki tobie.
To, że nie śpię już od świtu bo się boję, że znowu rankiem zadzwo­nisz to też dzięki tobie. To i parę innych rzeczy.
Jak to mam nie urodzić, co masz na myśli?
No to nie dawaj ani grosza.
No to się wyniesiemy z twojego mieszkania.
To się nie odzywaj.
Ty wiesz w ogóle co ty mówisz?
Każesz mi usunąć dziecko, tak?
Dla mnie to jest dziecko, może dla ciebie nie.
Lekarze też nie umieją dokładnie określić kiedy jest płód a kiedy człowiek.
Acha, no to jesteś mądrzejsza niż lekarze.
Dla ciebie to takie proste.
To znaczy, że w przeddzień narodzin też można usunąć bo to jeszcze nie człowiek?
Acha, tak nie powiedziałaś, widzisz, plączesz się, też nie wiesz.
No wiem, to nie ma nic do rzeczy.
O co ci chodzi?
Jego krew ci nie pasuje?
Że się zmiesza z moja czyli też z twoją?
To jakaś inna krew? Dla ciebie gorsza? Co jest w tej krwi takiego?
Arogancki. Bezczelny. Zarozumiały. Małomówny. A skąd ty wiesz jak go na oczy nie widziałaś? Słówko przez telefon zamieniłaś.
Bo nie chciałam, żebyś poznała.
Bo wiedziałam, że go nie polubisz.
Ślub to była moja sprawa, był maleńki, kameralny, taki nasz.
Nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek na nim był poza nami.
Wiem, że rodzice to co innego ale zrozum, was nie ma i nie było, jesteście tam.
Jak by było inaczej? Jak? Zaprosiłabyś go na obiad, nie wiedziałby co ci odpowiedzieć gdybyś zaczęła starą śpiewkę, tę, co zawsze, że jedyne miejsce gdzie można żyć jest tam, że chciałabyś, żebyśmy tam pojechali, ja i mój chłopak, narzeczony, mąż, kimkolwiek by nie był, byle jechać tam i tam żyć. Albo najlepiej, żeby nie musieć jechać tam. Że mężczyzna jej córki powinien mieć pieniądze i być kimś bo jej córka ma taką urodę, że należy jej się wszystko co najlepsze. Tak byś mówiła przy jedzeniu, deserze, herbacie, aż do zmroku za oknem, potem on wyszedłby od nas, ja bym trzasnęła z wściekłości drzwiami jak kilka razy już po takich obiadach trza­skałam , ty byś siadła w kuchni, zapaliła papierosa i spokojnie wydychając dym, po chwili ciszy powiedziała, córuś, fajny chłopak, miły, jaki przystojny ale czy ty byś miała z nim dobrze? Ja do­rosłam, mamo. Już się nie daję na to złapać. Już wiem jak ro­zumiesz to "dobrze".
Nie mamo, wiem co by było gdybym ci powiedziała , że chcę.
Poza tym, po co mi wesele na setki osób , których nawet na oczy nie widziałam.
Przyjdą, nażrą się, schleją, ożygają kible, obgadają innych, pojadą i wpadną za ileśtam lat na pogrzeb kogoś z rodziny.
To nie jest arogancja, powiedz, że śluby wyglądają inaczej.
Tak, chciałaś mnie widzieć w białej sukni. Ale ja się nie chciałam w niej widzieć i co teraz?
Najważniejszy moment. Dla ciebie czy dla mnie? Ale mnie nie obcho­dzą wszyscy, dla mnie najważniejszy jest on i ja.
Ty też jesteś ważna.
Nie, to nie było lekceważenie, po prostu są ważniejsze rzeczy niż huczne wesele.
Uparłaś się na ten ślub, przecież to czy ty na nim byś była czy nie nic nie zmienia.
No co zmienia?
Unieważnia?
Mnie nie zmienia.
Nie, nie zmieniłam się.
Straszną karę sobie wymyśliłaś za ten ślub.
Ach, dla mojego dobra.
Bo ja jestem jeszcze małym dzieckiem i nie wiem co dla mnie dobre.
Dobrze, to nie dzwoń i nie dawaj nam pieniędzy, nie chcę ich.
Faktycznie, dużo ich od ciebie wyciągnęłam i zupełnie niepotrzeb­nie.
Jak to na co? Chcesz mnie teraz rozliczać? Teraz, w takim momen­cie?
Mieszkania też nie chcę, daj nam chwilę , wyprowadzimy się jak tylko coś znajdziemy.
Nie, właśnie tego chcesz więc tak będzie.
Nie, nie zostanę i w domu też nie będzie już jak dawniej.
Ale ja nie chcę teraz do ciebie jechać.
Nie,nie przyjadę i nie porozmawiamy. Teraz rozmawiamy, wczoraj rozmawiałyśmy, przedwczoraj i tydzień temu też.
Nie chcę siadać i pić herbaty.
Nie byłoby inaczej, taka sama jesteś przy papierosie jak i przez telefon.
Rzuć palenie, i tak ci lekarz kazał.
Nie będziesz się denerwować, że w budce nie wolno palić.
Wcale nie musisz chcieć zapalić kiedy ze mną rozmawiasz. Tak cię denerwuję?
Tak ci się tylko wydaje, że inne córki są lepsze.

Spakowałeś wszystkie rzeczy, pomagałam ci. Nawet nie wiedziałam, że gdy wydaje nam się, że nic nie mamy, zbiera się tego kilka tek­turowych pudeł, ciężkich i wypełnionych po brzegi, trzeba mocną taśmą oklejać, żeby się dno nie urwało. Siedliśmy na pudłach, noc się zrobiła późna , milczeliśmy, wypiliśmy jedną herbatę, drugą, kolejną , powiedziałeś w końcu, to nic nie zmienia, że się spakowaliśmy, nie mamy dokąd pójść. Przecież ja to wiedziałam. Od początku.Wiedziałam, że to, że nie mamy innych wyjść przywiązuje nas w jakiś perwersyjny sposób, skazuje nas na konieczność rozwi­ązywania wszystkiego razem, utrudnia nam każdą rzecz, zmusza do odsiadywania każdego wyroku razem, mój problem był twoim problemem, twój problem moim. Nasze problemy musiały być naszymi, nie mogłeś wstać i wyjść. I ja wstać i wyjść nie mogłam. Choć ja chciałam milion razy, pewnie ty chciałeś dwa razy więcej razy.
Rano też te pudła były. Choć dalej nie mieliśmy pomysłu dokąd iść.
Może zostaniemy tutaj, nieśmiało zaproponowałam.
Nie, powiedziałeś choć wiedziałam, że nie weźmiesz jednego z pudeł i plecaka, nie wyjdziesz natychmiast, że lękliwie patrzysz na deszcz za oknem, że wiesz, że nie masz na bilet dokądkolwiek, na­wet nie do miast gdzie masz znajomych, rodziców bo to o tych kilkanaście lub kilka złotych na bilecie za daleko, że do nich nie zadzwonisz i nie powiesz bo wstydzisz się tej biedy, tego wyroku skazującego, tej konieczności zostania ze mną i wzięcia mnie za rękę gdy wejdę do gabinetu, zostaniesz w malutkiej poczekalni, właśnie w tej o której powiedziałeś, że może być gdy poszliśmy ro­zeznać kilka miejsc.
Kiedy, córeczko?
Jutro.
Już?
Już.
Dobrze.
Dobrze?
Im wcześniej tym lepiej.
Tak... Serce słyszałam, biło.
Zdawało ci się. Sentymenty.
Tak, może. Ale lekarz mi pokazał, to było serce.
Tak szybko, to niemożliwe.
Możliwe. To szybko idzie, no wiesz.
Lekarz włączył ci radio. Mało się nie spóźniliśmy bo kazałeś mi zrobić makijaż, bądź piękna nawet w takich chwilach, to mnie nie przekonało, gdyby cię widziało to zapamięta najładniejszą jaką możesz być, co za absurdalny rodzaj wiary, pomyślałam i w złości zrobiłam makijaż. Tak, to mogłam dla ciebie zrobić mój mężczyzno czy moje dziecko. Ścisnąłeś mi mocniej rękę a potem w gabinecie lekarz jednym małym ukłuciem uśpił moją niepewną intuicję. Gdy ją obudził nie było już czego przeczuwać więc chwilę posiedziałam i próbowałam wstać. Nie zakręciło mi się w głowie ani nie zachwiałam się na nogach.
Położyłam kopertę.
Do widzenia,
do widzenia.
Nie wstałam tak od razu, głupio mi było, że to już, tak szybko. Niecałe 30 minut. Tyle tutaj, między nami rozmowy niewiele więcej. Prędko oddaliśmy siebie, bez walki zupełnie. Patrzyłam w okno, parter, buty przechodniów stukają o płytki , nie widać ich, drzew­ko szczęścia rośnie na parapacie ponad głowami, z zewnątrz nic się nie zobaczy.
To wszystko, naprawdę, powiedział lekarz, umył już ręce , nawet nie zauważyłam, że chwilę go nie było.
Mam coś dla pani. Niech się pani nie martwi. To nic takiego. Nie ma znaczenia. Niech mi pani uwierzy. Wręczył mi bombonierkę. Mięta w czekoladzie. To prezent, powiedział. Wzięłam.
Czekoladki dostałam, powiedziałam ci,o,wziąłeś jedną, dobre, po­wiedziałeś, bardzo dobre, zjem chyba wszystkie zanim tramwaj przyjedzie, zjedz, ja nie chcę, powiedziałam, zimno mi, przytul mnie, poprosiłam, objąłeś mnie, zapachniałeś miętą w czekoladzie, to miły zapach, pomyślałam, byłam zła na siebie, że taka obojętna jestem, że to tak szybko, że jest niedzielny, chłodny i pustawy poranek, ponure baby suną do kościoła a my wyglądamy jak para wczorajszych,sobotnich,nocnych, imprezowych zakochanych, objęci na przystanku tramwajowym.

Link 17.07.2005 :: 09:19 Komentuj (2)
Aż po sam Gibraltar, odc 6:
_______________________________

Położyłam się na łóżku. Już po wszystkim. Cichutko chodziłeś po domu. Skrzypiała podłoga. Czułam się pusta. Pusta pustką brzucha, nie głodna. Usnęłam. I śnił mi się mój głęboki oddech w pustym brzuchu. Widziałam przez sen jak mój brzuch podnosi się i opada, jak go dotykam, macam gdy puchnie z bólu, naciskam koniuszkami palców sine zadrapania tam gdzie łyżka dotknęła ścianek, dotykam krwawych resztek. Zanurzam się w swój brzuch coraz głębiej i głębiej, widzę pusty, dopiero co zamieszkany pokój mojej babci, wymknęłam się gdy byłam mała a cała rodzina siedziała przy stypie i otworzyłam do niego drzwi choć nie wolno mi było tam wchodzić jakby wszyscy się bali, że śmierć, która przyszła po babcię za­siedzi się w tym pokoju i zabierze jeszcze mnie gdybym tam przy­padkiem weszła. Okna były zasłonięte, przez ciężkie, żółte zasłony wpadało słońce i oświetlało tumany kurzu, które unosiły się w po­wietrzu. Na szafce przy łóżku stały lekarstwa, stary, bakelitowy telefon. Kilka cyfr na tarczy miał zupełnie wytartych, zamiast nich widać było tłuste odciski palców. Szklanka z niedopitą herba­tą, mętną, nikt jej nie sprzątnął, delikatnie wzięłam ją w ręce i podniosłam do oczu. Oglądałam ją dokładnie, chciałam zobaczyć w tej resztce herbaty jak wróżka w szklanej kuli, tajemnice ostat­nich minut babci. Przechyliłam szklankę i wysunęłam język jak naj­dalej potrafiłam. Powoli czekałam aż płyn zbliży się do języka. Chciałam spróbować czy herbata niedopita przez kogoś kto niedawno umarł smakuje jakoś inaczej. Wtedy wydawało mi się, że tak, in­aczej. Przestraszyłam się i pomyślałam, że właśnie poznałam smak śmierci. Mętny, lepki i słodki od trzech łyżeczek cukru. Wszystko w tym pokoju pachniało naftaliną i tanimi kremami. Brudnobordowe koce, przetarte pośrodku, pożółkła zbrązowiała pościel, cerowana w kilku miejscach. Trzy garsonki z lat pięćdziesiątych, które nie zostały wybrane do trumny. Nie wiedziałam dlaczego były jednakowe, grube, wełniane, ciemnogranatowe. Po latach się dowiedziałam , że kiedyś babcia kupiła cztery jednakowe. Jedną na pogrzeb swojej mamy, drugą na pogrzeb ojca, trzecią na pogrzeb męża a czwartą dla siebie. Była przekonana, że umrze ostatnia, kolejność, którą prze­widziała , sprawdziła się. Żadnej z garsonek nie założyła po raz drugi. Ostatnia, do trumny babci, wisiała wiele lat w rogu szafy zawinięta w folię. W specjalnej szufladzie była przygotowana na tę okazję bielizna, w innym specjalnym pudełku – buty. O numer za małe ale babci się bardzo podobały gdy je kupowała. Bez różnicy, mówiła, mi to wtedy będzie czy są w sam raz czy za małe. A ładne są, porządne, eleganckie. Dobrze wyglądają. Nagle odurzył mnie ten gorący zapach stęchłego powietrza, odurzyła niepewność i przeraże­nie, że napiłam się tej babcinej przed i pośmiertnej herbaty i co teraz ze mną będzie a może ta śmierć rzeczywiście się zasiedziała i mnie zabierze i zostanę sama i zakręciło mi się w głowie i ze­mdlałam i upadłam na środek tego smutnego, ciemnego , zakurzonego pokoju, w którym wcześniej nikt nie otwierał okien bo babcia ciągle się przeziębiała i teraz też nikt okien nie otworzył i czuć było zapach starego potu w pościeli, w kurzu, w zakamarkach starej szafy. Leżałam w środku mojego brzucha, przyglądałam mu się do­kładniej. Nie ma opuchlizny. Nie ma zadrapań, nie ma niczego. Gładkie , puste wnętrze. Gorące. Parne. Unosiłam się wraz z od­dechem, w górę, w dół, jeden oddech, drugi, rozglądałam się na boki, jest taki mały ale przytulny ten mój brzuch, dotykałam go od środka, jego ścian, sufitu, jaki ciepły, bezpieczny, roz­leniwiający, pomyślałam, jaka piękna kołysanka z oddechów, aż się chce w niej zasnąć. I obudzić gdy tak w intymnej oddali mego ciała coś gra, cicho, miarowo choć wraz z szumem oddechu przyspiesza i przy wydechu zwalnia, wsłuchuję się baczniej, to serce, moje ser­ce, bije dalej, żywe i pełne zapału, wewnątrz mnie. Budzę się. Szepce telewizor w sąsiednim pokoju. Boli mnie brzuch. Wbiłam sobie paznokieć w pępek. Leci krew. Oblizuję. Słodka. Lepka, gęsta. Skojarzyło mi się. Tak. Przeraziło mnie to skojarzenie. Zimno mi się zrobiło. Sen pierzchł.

Nie, mamo, gładko poszło.
Tak, nie spodziewałam się, że to tak pyk i już.
Tak, w sumie zadowolona.
Że nic się nie stało.
Bo się bałam.
Że jak zasnę tam to już się nie obudzę.
Tak, mamo, wiem, że to głupie.
Wiem, za pieniądze lekarze rzadko się mylą.
Czekoladki dostałam.
No, czekoladki.
Tak, mamo, czekoladki, takie z miętą w środku, trufle, różne , do wyboru.
Dla mnie to nie dziwne, w sumie to miłe.
Nie, dlaczego mówię bez sensu?
Okej, dla ciebie to bez sensu.
Tak, zmęczona jestem.
Później porozmawiamy, teraz to nie jest czas.
Tak, bo nie czuję się na siłach, żeby z kimkolwiek rozmawiać.
Tak, z tobą też.
Wiem, że mnie wspierasz ale dzisiaj nie chcę rozmawiać.
Tak, zostać sama.
Tak, wymyśliłam te czekoladki,żeby cokolwiek powiedzieć.
Żeby ci przykro nie było,że milczę.
Nie musiałam, dobrze, że mi to mówisz.
Myślałam,że to zabawne, ty lubisz czekoladki.
Nie, nie śmieję się z ciebie.
Przecież nie powiedziałam, że gdyby to ciebie spotkało to byś nic nie czuła.
Wiem, nie mogłabyś tknąć tych czekoladek.
Wiem, to by dla ciebie była tragedia, płakałabyś.
Mamo, skończ już, to mnie się stało, zapomniałaś?
Mnie, a ty się słów czepiasz.
Tak, sama zaczęłam o tych czekoladkach.
Tak , jadłam, wyłącz się już, jadłam , słyszysz?
Jadłam te cholerne czekoladki.
On też je jadł.


Muszę się mocno skulić, zanurzyć w cieple i zapachu swego ciała, żeby cię zobaczyć... Czuję cię. Słyszę dalekie echo twojego głosu, twojego śmiechu. Jestem tobą. Jako ty trzymam mocno mamę za rękę. Patrzę na jej twarz. Ona patrzy na mnie. Taka piękna, młoda, rado­sna, tłumaczy mi coś. Połykam łzy. Płaczę gdy widzę siebie taką szczęśliwą. Idziemy gdzieś. Trzymasz moją dłoń tak mocno jakbyś się bał, że cię puszczę. Nie, nie puszczę cię. Dopóki mogę i do­póki sił mi starczy będę cię prowadzić. Aż dorośniesz i będziesz umiał sam trafić wszędzie tam gdzie będziesz chciał.
Mocno ściskam udami swoje dłonie , czuję skurcz w brzuchu. Widzę cię jak płaczesz bo nie chcesz iść do szkoły. Płaczesz, żebym cię nie zostawiała. Obiecujesz, że już będziesz grzeczny i ani jednej żaby już nie przyniesiesz do domu. Nie umiem ci wytłumaczyć, że to jest szkoła i musisz tu od dzisiaj chodzić przez parę lat. Pytasz za co i co takiego zrobiłeś. Znowu spoglądam na siebie twoimi oczami. Ja widzę , że minęło parę lat, że jestem starsza, że mam inny kolor włosów i sukienkę, której za nic bym dzisiaj nie zało­żyła, taka banalna sukienka, mamy takie noszą. Stoję bezradna i trzymam cię za rękę i nie umiem ci wyjaśnić, że wrócę po ciebie tak, żebyś uwierzył , że wrócę, kocham cię, mówię, dalej płaczesz i nie chcesz zostać sam, beze mnie, z innymi dziećmi i nauczy­cielem.
Starannie przykrywam farbą tych kilka siwych włosów, które już mam. Gdy się śmieję pojawiają mi się zmarszczki w kącikach oczu. Kupiłam ci krawat , z cichą powagą przed lustrem w łazience uczysz się go wiązać. Twój pierwszy krok by być mężczyzną. Chociaż nie, nie pierwszy. Ten był kiedy zawołałeś mnie ze łzami w oczach do łazienki i pokazałeś, że nagle bardzo ci siusiak urósł i nie wiedziałeś czy to choroba jakaś, rodzaj grypy, czy ci się zmniej­szy czy może już tak ma być. Powiedziałam, że tak ma być i że pew­nie niedługo będziesz wiedział dlaczego i po co. I że to nie gry­pa, nie choroba i nie kara. Wręcz przeciwnie i pocałowałam cię w główkę. Pochlipywałeś a potem powiedziałeś , że jest ci przykro ale w takim razie musisz mieć nowe majtki i spodnie bo jeśli on ma zostać taki duży albo nawet jeśli od czasu do czasu to stanowczo będzie mu w tym co teraz masz za ciasno. Tak, oczywiście, dosta­niesz nowe, a w słoniki zapytałeś, ja chcę w słoniki... Teraz gdy dla żartu powiedziałam, że kupię ci krawat w słoniki i opowiedziałam ci dlaczego byłeś cały czerwony i było ci wstyd. Nie wstydź się, jestem twoją mamą, wiem ale ja już jestem mężczyzną, powiedziałeś, to egzaminy , mamo, do liceum, zaznaczyłeś, muszę poważnie wyglądać. Wiem, musisz, wiedziałam choć gdy po rozdaniu świadectw rzuciłeś marynarkę i krawat w prążki w trawę, podwinąłeś rękawy od białej koszuli a wiatr prawie wyszarpał był i uniósł hen twoje świadectwo spod kamienia, którym przygniotłeś go do trawy bo chcieliście zagrać w piłkę ten ostatni raz razem choć obiecywaliście sobie, że będziecie grywać wspólnie od czasu do czasu to marudziłam ci nad uchem przy obiedzie, że wcale dorosły i poważny nie jesteś, że koszula i spodnie całe w błocie, marynarka uzieleniona od trawy , na świadectwie zrobiło się ośle ucho i jak to teraz do szkoły zanieść, w ogóle nie zasługujesz na poważną szkołę, u szewca powinieneś się pouczyć najpierw, dyscypliny i pracy , przepraszam , mówiłeś, siorbiąc smutno zupę, wiem, że utytłałem ,wypiorę, dotknęłam palcami twojej dłoni, no co ty, wiem, że chciałeś zagrać, kto wygrał, zapytałam a ty rozszczebiotałeś się próbując opowiedzieć wszystko po kolei co i jak było.
Na maturę już sobie sam kupujesz garnitur , prawie nie musisz się uczyć, cieszy mnie, że jesteś zdolny, cieszy i napawa dumą. Gdy pokazujesz mi świadectwo dojrzałości nie umiem ukryć łez szczęścia.
I zła jestem na ciebie gdy wchodzisz do domu roześmiany i słyszę podwójne szuranie stóp w korytarzu, szepty i śmiechy, mamo, chcę ci kogoś przedstawić, ja chcę się schować pod ziemię, skromną sukienkę mam na sobie, włosy nieułożone, oczy zmęczone z niewy­spania i wstydzę się, że masz mamę ze zmarszczkami , zaniedbaną taką. I rozczula mnie gdy podaję wam herbatę, że kochasz to deli­katne, młode, gładkie ciałko, że całujesz tych parę piegów koło małego noska, uśmiecham się, piję z wami herbatę choć wiem, że chcecie zostać sami i widzę twoje błagalne spojrzenie ukradkiem, mamo, tylko nie opowiadaj o tym jak to było gdy byłem mały, czuję, że chcecie pójść sami, na spacer, za ręce, stąd byle. Widzę jak na siebie patrzycie i przypominam sobie, że też tak kiedyś patrzyłam, z takich spojrzeń się wziąłeś, ukłuło mnie to wspomnienie miłości takiej jedynej, świeżej, gładkiej, młodej. Coraz częściej milczę, coraz częściej się zamyślam , zanurzam we wspomnienia. I znów mówię do siebie ale to sen.
Jest tutaj, teraz, zimno się zrobiło od nieszczelnych okien, telewizor szepce, znowu tam jesteś, daleko ode mnie, w sąsiednim pokoju, nienawidzisz telewizji a teraz oglądasz ją całymi dniami.
Potrafiłam sobie wyobrazić swoją twarz ze zmarszczkami. Ciało , żółte, pofałdowane, pełne wątrobianych plam. Suche piersi, brzuch, podbrzusze. Taka babcia jaką dzieci kochają. Z siwymi włosami i żylakami na nogach. Tak, teraz potrafię siebie taką zobaczyć. Jeszcze starszą niż w chwili gdy na rękach przynosisz mi swoje dziecko i mówisz, patrz mamo, teraz już jesteś jego babcią. Jesz­cze starszą niż tego lata gdy dwoje twoich dzieci codziennie prosi mnie, zrób babciu, szarlotkę i żeby miała duuuużo jabłek. Więc mimo upału piekę szarlotkę. Ręce mi już drżą, nie umiem dokładnie obrać owocu ze skórki. Ten czas się zbliża, synku, umieram , mówię leżąc na starym , ciężkim łóżku, zupełnie podobnym do tego , na którym umarła moja babcia. Obok stoi szklanka z herbatą. Sucho mam w gardle a język ledwo wyczuwa już przyjemność słodyczy więc sło­dzę od lat herbatę coraz większą ilością cukru... Nie mam siły się już podnieść, czuję, że umrę z suchymi, popękanymi wargami. Otwieram ciężkie powieki. Kocham cię , mamo, mówi, widzę, że głaszcze mnie po rękach, już tego nie czuję. Już nie zobaczę moich wnucząt, wiem, że nie mogą teraz wejść do mnie bo śmierć gdy przyjdzie po mnie może się zasiedzieć i poprosi dzieci do siebie jako rekompensatę za przespany czas. Chcę synkowi powiedzieć, żeby zabrał z szafki szklankę z herbatą ale już nie mam siły. Żeby tylko żadne z wnucząt nie wypiło tej herbaty, żeby tylko. Chcę zapłakać ale cała jestem sucha, język, gardło, usta, nos, oczy. Zamykam oczy.
Umieram.
Czuję w sobie gorący oddech.
Słyszę go.
Kołysanka.
Każdy oddech , każdy kolejny unosi z brzucha w górę trochę bólu.
Coraz więcej.
Coraz wyżej.
Już jest w piersiach.
Już jest w gardle.
Już jest w oczach.
Cieknie po policzkach.
Jest dźwiękiem.
Boli.
Płaczę.
Wyję.
Obudziłam się.
Telewizor szeptał w sąsiednim pokoju.
Gwizdał czajnik z wodą na herbatę dla ciebie.
Nie zapytałeś czy też chcę.
Nie chciałam , żebyś wchodził i pytał.
Nie.
Krzyczałam.
Długo, przeciągle, psio.
Nie przychodziłeś. Nie mogłeś przyjść bo nie mogłeś mnie usłyszeć. Nie chciałam,żebyś słyszał bo krzyk w kołdrę jest bezgłośnym krzy­kiem.
Nienawidziałam cię za to, że nasz syn w moich snach ma twoją twarz.
Musiałam cię wyrzucić.
Z siebie na zawsze.
Musiałam.
Wstałam.
Poszłam do kościoła.
Ksiądz trzy razy stuknął w konfesjonał. To już, pomyślałam, po wszystkim? Bóg się nie gniewa?
Nie.
Nie gniewa.
Przynajmniej ja nic nie słyszałam, nie mówił nic, ani słowa po­między "tak, córko?" do "in nomine Patri et Filii et spiritus sancti"
Kościoły są zawsze ciche.
A stuk obcasów wypełnia je wibrującym echem.

Link 19.07.2005 :: 23:36 Komentuj (3)
Aż po sam Gibraltar, odc 7:
______________________________

Czasami byłam podniecona chłodem kościoła i głośnym skrzypieniem drewnianych ławek. Chłodno mi się zrobiło teraz gdy o tym pomyśla­łam, głupia cipa, gówniara, myślałby kto,że taka napalona pizda jestem. Wstyd mi.
Jedyne pieniądze, których mi mama nie wypomniała.
Już więcej do kościoła nie poszłam, bez sensu mi się wydał. Obcy i wrogi, tliły się we mnie słowa księdza zasłyszane na religii, że kościół to tylko miejsce, znak umowny, pewna sprecyzowana zasada jak kodeks ruchu drogowego, żeby był porządek i samochody nie je­ździły bylejak tylko każdy swoim pasem tak kościół był pasem ru­chu dla ludzi by nie rozmawiali z Bogiem przy myciu zębów lub na­czyń tylko umawiali się z nim na kawę. Kawiarnią dla spotkań z Bogiem miał być kościół. Ale jakoś siedziałam sama i czekałam i nie poczułam, żeby do mnie przyszedł. Mówiłam ale nie czułam się wysłuchana, zrozumiana, nie doznałam ani współczucia ani nagany. Widocznie z Bogiem akurat nie mam się co umawiać, jako rzekomo bliska mi osoba się nie sprawdza. Ja się starałam zwrócić Jego uwagę, żeby nie było, że...
Zresztą nigdzie nie chciało mi się chodzić. Nie miały dla mnie znaczenia specjalnego tygodnie, pora roku, dni, godziny. Choć czasem chciałam wiedzieć kiedy jestem. Tak, kiedy jestem.
A ty nienawidzisz gdy pytam , która godzina. Dla ciebie zadawanie tego pytania to dowód na lenistwo umysłowe. Że ktoś komu się nie chce podnieść rano głowy i sprawdzić , która godzina nie ma po co żyć. Ty rzadko kiedy musisz szukać zegarka, żeby znać odpowiedź. Zawsze wiesz, która godzina, umiesz wyczuwać czas, czas to twoja obsesja. Nieważne jaka pora roku i kiedy się robi ciemno lub kiedy świta. Więc gdy otwieram oczy rano i pytam , która godzina mówisz ty leniu, gnuśny, ociężały kobietonie. Leżysz, śpisz i tyjesz. Sobie na złość. I nieważne kiedy się obudzisz, leżysz tak i czekasz, pół godziny, godzinę dwie, trzy i słuchasz czy nie śpię lub nie przechodzę obok ciebie. A ja leżę i czekam na ciebie. Leżę i może nie chcę już leżeć , nie chcę żeby był dzień, nie chcę , żeby było to łóżko, nie chcę, żebyś był ty, ktokolwiek inny też nie chcę , żeby był, nie chcę , żeby były godziny, słońce, pot wsiąknięty w kołdrę , czas, życie, umrzeć też nie chcę...

Kobieton. Tak ci się ładnie ułożyło w myślach. Kobieta i ono. Kobietono. Bo kobieta i jej łono, bo w łonie ono, bo gdy amputować łono to ani nie ono ani kobieta. Więc kobiet. Czyli nie ona. Nie ona, kobieta. On, kobiet. Jesteś zły na mnie to mówisz do mnie w rodzaju męskim. Kiedyś byłam lalą. Mówiłeś “lalek”. Zżyłeś się ze mną to mówiłeś: ty farcie. Fart, bo myślałeś, że mi się po­szczęściło, że z tobą jestem, że farta miałam. W pewnych sytuacjach byłam Obciągaczem i Kurewem. Ty Obciągaczu jeden mówi­łeś z podziwem gdy było ci dobrze a ja się dobrze spisywałam. Na­wet mnie to podniecało, nie miałam ci za złe wtedy, nie skojarzy­łam wtedy, że to rodzaj męski. Nie... to nie pedalstwo, co to to nie, nigdy nawet o tym tak nie pomyślałam... To ten twój ideał kobiety. Ja jestem kobietą, kobietą , słyszysz, nie poniżysz mnie w ten sposób, nie zabierzesz mi tego... Chociaż nawet gdy uważa­łeś, że zachowuje się jak “typowa kobieta” bo czytam kolorowy magazyn i płaczę na melodramacie to zamiast mówić do mnie jak każdy facet: głupia cipo , mówiłeś kurewie jeden. On, kurew. Bo płacze przed ekranem, bo przez telefon mówi koleżance , że dawny kolega z liceum się roztył i ma dwie a nawet trzy szyje i przytła­cza pewnie swoją laskę jak ją dyma a może nie przytłacza bo w sumie kto by go chciał przecież , choć to uważałeś za zachowanie w stu procentach a nawet dwustu kobiece to absolutnie niegodne tej jednej, jedynej tej jebanej farciary, tego symbolu seksu , deli­katności i intelektu tego wszystkiego co z kobiet najlepsze i nic więcej, tej Twojej Kobiety, macicy, łona, Kobiety, tak , Kobiety.
Aż przyszedłeś do mnie i powiedziałeś : ręcznik zapachniał mi two­ją cipką. Tak, powiedziałam, chyba dostanę okres. Będziemy się mogli kochać, powiedziałam, cieszysz się , chcesz, zapytałam jakoś tak nieśmiało. Chyba na razie nie, powiedziałeś i znowu niuchnąłeś ręcznik. Tak, pachnie. Znajomy zapach.
Więc znowu żyję.
Ulubione miejsce randek, cmentarz. Ilu znajomych nie poznawaliśmy każdemu opowiadałeś anegdotę, że gdziekolwiek nie pojedziesz, do jakiegokolwiek kraju, miasta, miasteczka to spoglądasz na cmentarz i wiesz jaka jest kultura ludzi, którzy tam mieszkają. Z radością wyczytałeś w jakiejś książce, że ktoś też tak robi i ten ktoś został dla ciebie od tamtego momentu autorytetem.
Snułeś się ze mną między nagrobkami, zniczami, gipsowymi je­zuskami, świerczkami i bukszpanem, siadywaliśmy na jakiejś płycie, zimnej i gładkiej. Tak zawsze wybierałeś miejsce, może mimowolnie, nie wiem, że naprzeciw nas był grób kogoś, kto żył krótko. Patrzy­łeś na daty, uśmiechniętą, wyretuszowaną fotografię poplamioną strugami odparowanego deszczu i zaczynałeś mówić, zawsze głęboko przejęty, nie zmarnujmy życia, prosiłeś, bo co będzie gdy się znienawidzimy? Co będzie, gdy stracimy swój czas? Całowaliśmy się mlaskaniem śliny pokrywając Twoje pytanie powtarzane po wielokroć teraz i wtedy, za każdym razem, byłeś dziwnie podniecony gdy mówi­łam: przestań, głupio mi. On patrzy stamtąd. Patrzy i jest mu przykro, wszedłeś mi w słowo i mówiłeś, widzi jaka jesteś piękna, gorąca, drżąca, zgrabna, wilgotna, błagam cię przestań, mówiłam, to nie w porządku, on umarł, nie żyje, może nigdy nie miał kobiety, to może teraz jest ze mną i czuje to co ja czuję, po­wiedziałeś, bałam się, drżałam , miałeś erekcję... Czytaliśmy po­tem nazwiska, imiona, daty. Wszystkie nazwiska na cmentarzu są godne i poważne, wszystkie imiona smutne. Wiesz po co są cmenta­rze, zapytałeś, nie wiedziałam co chcesz usłyszeć, żeby ludzie pamiętali o zmarłych, zapytałam niepewnie, tak, powiedziałeś i ucieszyłam się , że tobie się to spodobało, że powiedziałam coś z czego byłeś zadowolony. Ale głównie są po to , żebyśmy sami o sobie nie zapomnieli. Bo czytamy te epitafia, pomyślimy przez chwilę kim kto był i co kryje się za słowami: matka, mąż, ksi­ęgowy, komendant straży pożarnej ale myślimy sobie gdzie my jeste­śmy w tym wszystkim. Czy uda nam się tak żyć, żeby ludzie przyszli na nasz pogrzeb, czy nasze dzieci będą nam stawiać pomnik ze zło­śliwą satysfakcją, gorzkim wyrzutem czy ze smutkiem? Czy będą się żreć o nasze pieniądze? Czy i które pamiętniki spalą po nas? Czy kobiety, które mieliśmy będą na siebie ukradkiem spoglądać czy żadna z nich nawet nie będzie wiedzieć , że umarliśmy? Czy może będzie jedna? Czy stara czy młoda? Czy kochająca czy zmęczona ży­ciem we dwoje i teraz spokojna wreszcie ciszą , która po nas na­stanie, smutna czasem i urodą, które już za nią? Czy na nasz grób przyjdzie nasz pies? Czy powącha ziemię , która nas przykryje? Czy wykorzystaliśmy dobrze wszystkie urlopy, które nam przypadają? Czy powiedzieliśmy sobie wszystko? Czy daliśmy sobie wszystko? Czy chociaż raz poczuliśmy się do winy? Czy mieliśmy odwagę? To o sobie myślimy na cmentarzu. Po to on jest. Zmarli nam niepotrzeb­ni. Tylko nasze ego ich potrzebuje. Zamilkłeś. Pomyślałam, że to kolejna nasza smutna randka. Nasze dziecko nie leży na cmentarzu. Nie ma grobu. Nie ma imienia, nazwiska, wypisanej daty, płyty,wa­zonu i bukszpanu. Nie ma wieńca z nieukojonymi w bólu rodzicami. Miało kilka grobów. Macica, miednica, sracz, rury i ściek. Ja o nim pamiętam, ty już nie. Ty musisz mieć eleganckie , zimne, kamienne płyty, żeby pamiętać. Nie wybudujesz sobie na nim ego. Nie powiesz: nie zmarnujmy życia, proszę, bądźmy szczęśliwi, osiągnijmy coś, proszę, cichutko, proszę, rozłóż nogi, proszę , o tak, ciii, proszę ,cichutko, ciii,cichuteńko, ciiii, o tak, proszę... To nie człowiek, to nie dziecko jeszcze nawet. To galaretka, meduzka, kisielek, bez przesady. Miałeś rację, kisielek. Mój mózg to też taki kisielek tylko większy. Myślę nim, czuję, numer mi wyciął ten kisielek, że myśli. Dobranoc kisielku. Idę spać. Błagam cię duży kisielku, nie myśl, nie pamiętaj, nie pokazuj mi obrazów, pozwól mi spać... Ostygnij kisielku, tak na chwilkę, na tę jedną noc, chcę się wyspać kisielku... Chcę spać. Kisielku, proszę cię...

Link 21.07.2005 :: 16:04 Komentuj (2)
Aż po sam Gibraltar, odc 7:
________________________________

Tak, mamo, szkoda.
Tak, mamo. Wiem , że się cieszyłaś.
Tak mamo, wiem, że w gruncie rzeczy tak.
Wiem, że naprawdę mi współczujesz.
Tak, wiem, że to nie tak.
Miałam nadzieję, że w gruncie rzeczy myślisz inaczej.
Chciałam mieć taką nadzieję.
Mamo ale po co oglądasz katalogi z zabawkami?
Już nie musisz...nie powinnaś...jego nie ma już.
Nie potrzeba wyprawki.
To po co tak sobie oglądasz?
Tak, mamo, śliczne są teraz rzeczy dla dzieci.
Tak, mamo. Wiem, że chciałabyś mieć wnusia.
Tak, szkoda, że tak się stało.
Wiem, mówiłaś, że tak będzie.
Tak, mamo, miałaś przeczucie.
Wiem. Gdybym cię posłuchała to nie byłoby tego wszystkiego.
Bo nie chciałam cię posłuchać.
Bo miałam racje.
Dalej cię nie będe słuchać.
Tak, jeśli o niego chodzi.
Bo nie masz racji.
Nie, nie masz.
Racji i prawa tak mówić.
Jak to jak? Źle.
Mówisz źle.
Tak, mówisz, mówisz z taką tępą, zawistną niechęcią jakbyś ty wła­śnie chciała być na moim miejscu, jakbyś klęła na to, że jesteś tych dwadzieściakilka lat starsza ode mnie, że życie, ci, kurwa, nie poszło jakbyś chciała, że wstawać do pracy rano musisz, do tej pracy, której nienawidzisz z całego serca i której się kurczowo trzymasz i od której jesteś uzależniona, i o której z dumą mówisz, że jesteś w niej dobra, tak dobra, że nikt inny nie mógłby tego robić co robisz, i żeby ciągle pracować, więcej i więcej kupujesz pracodawcom prezenty, głupawe, niedrogie i niepotrzebne i oni ciskają je w kąt bo po co im one, po co kolorowe albumy z pol­skimi stodołami krytymi strzechą, po co fotografie wiejskich skan­senów, po co fabryk śląska i centrum Gorzowa , Tarnowskich Gór i innych dziur, rynków miast i placów zabaw na przedmieściach, szu­warów, trzcin, topól przy wiejskich drogach i tych kilku maleńkich jezior, tak, zazdrościsz mi tego, że to ja chodziłam po twoim mieszkaniu, ja spałam w twoim łóżku, w twojej pościeli, ja spi­jałam zazdrość sąsiadów należną tobie, ja wydawałam twoje pieniądze przysyłane z zagranicy, jadłam czekoladę na którą ty pracowałaś, ja ubierałam spódniczkę na którą tobie już wiek nie pozwala , ja malowałam usta szminką, która podobała się przede wszystkim tobie, tyle, że sądziłaś, że tobie nie wypada kolorować ust, no jak, w kuchni do pracy? A przede wszystkim, że to dla niego się ubierałam,że z nim rozmawiałam gdy dzwoniłaś, że zaprosiłam go do twojego domu, że ja z nim w twoim łóżku i orgazm miałam raz za razem,że w twojej pościeli, że przemalowaliśmy ściany w twoim salonie bo jemu bardziej się tak podobało, tak jemu, jemu i mnie, o to cię szlag tafia, że jestem ja i on, on i ja, razem jesteśmy, chodzimy, myślimy, oddychamy, pierdolimy się, ssę mu fiuta, on mnie rżnie, tak , jesteśmy szczęśliwi, tak, na pewno, nie kłamię, nie wciągnął mnie do sekty, nie szprycuje mnie dragami, nie jestem pod wpływem, że tak mówię, jestem szczęśliwa ja, jest szczęśliwy on a ty tego znieść nie możesz, pogódź się z tym.
Mam prawo, czasem mam.
Muszę mówić co myślę.
Ale tak myślę.
Nie, to nie są prymitywne odczucia.
Tak, chyba tak właśnie to odczuwasz.
Tak, to są prymitywne wyrazy, tak bo ty tak , kurwa, udajesz.
Chce być szczera a ty nie jesteś szczera.
Łudzisz się, że czas się cofnie, że on się znudzi rżnięciem i mnie zostawi , będziesz mnie pocieszać, mówić : a nie mówiłam a w głębi duszy będziesz się napawać tym, że stało się dokładnie tak jak chciałaś bo tak jak jest ci zawadza i chcesz to zmienić każdym kosztem. I srasz na to, że mnie zaboli, głupia, ładna, zerżnięta i porzucona córka, którą trzeba pocieszać i mówić jej jaka jest dur­na – tak sobie właśnie wyobrażasz swoją rolę idealnej matki. Nie­wielka...
Nie przerywaj!
Niewielka różnica między mną teraz a mną maleńką, której możesz powtarzać aż do znudzenia, że świat jest zły, tata jest zły, moja siostra jest zła i że masz nadzieję,że będę inna. Nie taka jak wszyscy.
A inna to znaczy jaka?
A co to znaczy,że teraz jestem dziwna?
Inna niż dziwna? Co ty wymyślasz w ogóle?
No powiedz jaka?
Tak, jestem wściekła i wcale nie mówię inaczej niż zwykle.
Tak mamo, bo byliśmy tacy szczęśliwi a ty musiałaś wszystko ze­psuć.
Tak ci to przeszkadzało.
Że jest on, że jestem ja, że cieszymy się razem, że nie pojadę do ciebie i nie poznam kawalera, którego wskażesz mi dyskretnie przy cappuccino szepcąc: fajny, nie? A jaki dobry chłopak, mówię ci, dobra rodzina, pieniądze mają, zakład kosmetyczny i sklep z dywa­nami, jak by ci było dobrze, nie to co w Polsce, zmarszczek byś nie miała i samo dobre życie,ile razy miałam to słyszeć, mamo? Ile już słyszałam? Nie, nie darowałaś mi...
Co się miało stać?
Nie, nie rozstaliśmy się.
O nic nie chodzi.
Wszystko jest w porządku.
Nie. Przecież to nie on jest temu winien.
To nie on do tego doprowadził.
No właśnie, a kto?
Tak, na pewno jest mi dobrze.
Mam pieniądze.
Tak, szuka pracy.

Link 22.07.2005 :: 23:51 Komentuj (11)
Aż po sam Gibraltar, odc 8:
_____________________________

Garnitury, krawaty, na różne okazje. Ubierałeś się w nie na roz­mowy o pracę. Mężczyzna powinien być pachnący, elegancki, inaczej nikt z nim nie chce rozmawiać. Nie dostawałeś pracy, nie pomogła ci erudycja, elegancja, zapach. Wychodząc wtedy napisałeś na kart­ce: wychodzę spróbować w jeszcze jednym miejscu. Tam chyba na pew­no mnie przyjmą. Założyłeś najlepszy garnitur, ten szary, jasną koszulę , którą zawsze miałeś gotową w szafie na wszelki wypadek, wziąłeś pustą aktówkę, tylko do stroju ją zabierałeś, żeby wy­glądało, że jedziesz z ważnymi sprawami z jednego Bardzo Ważnego Miejsca w Drugie, równie Ważne. Wyszedłeś z domu, wmieszałeś się w ludzi na przystanku, pojechałeś aż na sam koniec trasy, wysiadłeś i we właśnie otwieranej piekarni nakupiłeś chleba ile mogłeś zmieścić do teczki i jeszcze całą reklamówkę tego chleba wzi­ąłeś. Szedłeś lasem kilka kilometrów aż do ośrodka wczasowego do którego raz zawiozłeś mnie samochodem późno w nocy bo chciałeś się kochać w pokoju z widokiem na jezioro ale niestety musiałeś prze­boleć i kochać się po prostu w samochodzie z widokiem na ośrodek do którego nas nie wpuścili bo było zgrupowanie kadry olimpijskiej brydżystów i słychać było śmiechy, brzęk butelek, paliło się ognisko ale brydżyści, choć było ich kilku wynajęli cały ośrodek i musiałeś obiecać , że pojedziemy tam przy innej okazji i że po­każesz mi to jeziorko nad które zawsze jeździłeś na wagary bo to przecież wcale niedaleko. Do końca miasta i jeszcze tylko przez las. Tego ranka spokojnie wszedłeś na teren ośrodka bo było prze­cież po sezonie więc to już tylko dla naprawdę nielicznych wczasowiczów kucharz parzył kawę, której zapach mieszał się z za­pachem lasu o poranku. Siadłeś na ławeczce i patrząc na jeziorko i las kruszyłeś ten cały chleb na drobniusieńkie kawałki , ten calusieńki świeży, ciepły chleb, który kupiłeś wcześniej. Okruchy wkładałeś z powrotem do plastikowej reklamówki i twojej nieśmier­telnej teczki. Jak już sobie posiedziałeś i ten chleb pokruszyłeś , to trwało chwilę choć ciągle było wcześnie rano i kawa jeszcze pachniała z kuchni to spokojnie odwiązałeś jedną z łódek cumujących przy przystani. Nikt ich nigdy specjalnie nie pilnuje bo i tak nimi nie ma gdzie odpłynąć , jest tylko to małe, sztuczne jeziorko a kto będzie kradł łódkę i niósł ją kilka kilo­metrów do tramwaju? Więc wsiadłeś do łódki w tym swoim najlepszym garniturze, odpłynąłeś od brzegu i zacząłeś wyrzucać okruchy chleba do wody. Zaraz z szuwarów wynurzyły się kaczki i łabędzie i płynęły za twoją łódką zjadając wszystko co im dawałeś. Zatrzy­małeś łódkę i rzucałeś chleb a kaczek i łabędzi było coraz więcej i więcej. Zrobiłeś sobie chwilkę przerwy w rzucaniu chleba gdy wziąłeś scyzoryk i jakby od niechcenia otworzyłeś sobie przeguby. I dalej wyrzucałeś z teczki i reklamówki drobiny chleba. Gdy chleb się skończył położyłeś się na dnie łódki i patrzyłeś na kolejny tej jesieni piękny, bezchmurny dzień. Kaczki i łabędzie wrzeszcza­ły ciasno oblegając twoją łódkę i czekały na więcej chleba. To właśnie wrzask tych kaczek i łabędzi zwrócił uwagę personelu ośrodka, kucharza i portierów, pomyśleli, że ktoś jest w łódce skoro ptaki wokół tak wrzeszczą i zadzwoniono po policję i karetkę i nie dostałeś jednak kolejnej posady choć napisałeś, że tam na pewno cię przyjmą bo te ptaki ocaliły ci życie choć ty po prostu chciałeś pewnie by ktoś ci towarzyszył, nie byłeś pewien kto przyjdzie na twój pogrzeb i co będzie mówił ale tłumek wdzięcznych stworzeń na chwilę śmierci mogłeś sobie zapewnić, rozgęganych i rozgdakanych. W szpitalu po prostu leżałeś i milczałeś. Siedziałam przy tobie i wiedziałam , że nic nie mówisz bo nigdy nie mówisz jak nie umiesz nazwać tego co czujesz. Więc siedziałam, szukałam czasem pod kołdrą twojej dłoni , kawałka twojego ciała, żeby dotknąć, poczuć, zimne ciało miałeś, ręce chłodne, usztywnione i drżące. Patrzyłeś na mnie, mówiłam do ciebie: już dobrze, już będzie dobrze, już przeszliśmy wszystko cośmy mieli przejść, już musi być tylko lepiej, już nic nas nie ruszy, obiecaj mi, że postaramy się zapomnieć, że pojedziemy na wakacje, samochodem pojedziemy, nocą przez całą Europę aż na sam Gibraltar, zawsze chciałeś tam pojechać.
Tam jest baza wojskowa, powiedziałeś, amerykanie stacjonują, nie da się podobno wjechać. I dalej milczałeś, oczy ci błyszczały tyl­ko, patrzyłeś w okno i widzieliśmy jak liście dawno już żółte wy­sychają w ostatnim w tym roku gorącym blasku słońca.Zaraz jesień i się zimno zrobi. Nie pojedziemy dodałeś po tak długiej chwili, że już myślałam, że się nie odezwiesz i że klepnięte, że zaplanujemy, pojedziemy. Roześmiałam się i połakałam, ale kochanie, zaraz będzie potem wiosna, ciepło się zrobi i od razu jak się zrobi to pojedziemy, nie na Gibraltar, może faktycznie daleko i nie do­trzemy ale nad morze pojedziemy, jest blisko więc się uda, musimy mieć wakacje po tym wszystkim, kochanie dobrze, pytałam i szar­pałam cię za tą zimną rękę żebyś mnie uścisnął, zareagował, żebym cię poczuła, żeby mi się ciepło i dobrze zrobiło, dobrze, poje­dziemy, żebyś powiedział.
Następnego dnia przyszłam do ciebie bez majtek, przysunęłam sobie krzesełko i usiadłam, od razu znalazłam twoją dłoń pod kołdrą, cieplejszą i żywą bardziej, takie miałam wrażenie.. Musiałeś po­czuć. Musiałeś poczuć mój zapach. Musiałeś poczuć dziwny niepokój ,niepokój pacjentów szurających papuciami przed drzwiami twojej sali, w tę i z powrotem szurali , żeby tylko na mnie łyp­nąć. Rozchyliłam lekko nogi , żebyś zobaczył włoski na łonie. Przystrzygłam specjalnie. Spojrzałeś ,ale nie tam, w oczy mi zaj­rzałeś. Uśmiechnąłeś się. Teraz to już byłam znowu szczęśliwa.
Już jestem na tej plaży, wiesz, powiedziałam.
Z tobą, wiosną.
Znowu się uśmiechnąłeś.
Zimno jest wiosną na plaży, zimno i wiatr.
To fajnie, powiedziałam, to fajnie. Zimno , wiatr, morze i my.
Razem.
Uścisnąłeś wreszcie moją rękę i trzymałeś w uścisku a ja patrzyłam na ciebie i nagle zobaczyłam, że śmiejesz się blado i smutno, że ciebie nie ma na tej plaży i nigdy nie będzie, nie ze mną, nie wiosną, nie w wiatr i zimno, nie razem. I poczułam, że jestem tam sama , że nie świeci słońce, że drżę, że siąpi deszcz a ja stoję, moknę, marznę i płaczę. I gdy to poczułam to skuliłam się i gęsią skórkę na nogach poczułam jeszcze i usłyszałam jak mówisz:
Ja już tego nie zatrzymam, nie.
Nie.
I zawstydziłam się. I mocniej skuliłam. I zrozumiałam.

Tak, mamo.
Tak, mogłam Cię posłuchać.
Tak, miałaś rację.
Tak. Był taki.
Tak, jak mówiłaś.
Tak. Taki dziwny.
Tak, mamo. Przyjadę.
Tak. Usiądziemy.
Tak. Napijemy się herbaty.

_________________________________________
koniec

Wracam za miesiąc.




pisz do grafomana mail